Trzecia i ostatnia część „Wspomnień….”  Jest o świdwińskich oryginałach, cudakach, ludziach wyróżniających się w pejzażu miasta, których w każdej epoce nie brakuje. Taką osobą w latach mojej młodości był śp. Jarek Glapa, któremu zadedykowałem ten tekst o konfratrze sprzed wieku. Jarek był gejem. W tamtych czasach tego eleganckiego określenia nie znaliśmy. Jego odmienność ani nam nie przeszkadzała, ani też dziwiła. Ot myślałem: może Pan Bóg w dziele stworzenia miał chwile słabości ? Może Boskie poczucie humoru coś tu namieszało? A może różnorodność była Jego wielkim zamiarem? Skutecznie odtrącaliśmy jego nieśmiałe zaloty a i on szybko wyczuł że niczego nie wskóra. Próbowaliśmy go naciąć przy płaconych rachunkach, ale on robił to skuteczniej. Były to czasy kiedy życie towarzyskie kwitło w knajpach, a kulturalne w kinie „Warszawa”. Czas wolny spędzano w gronie przyjaciół a nie z komputerem i telewizorem na dokładkę.

Tak sobie myślę, że dzisiaj Jarek, tam gdzieś w niebiańskiej restauracji obsługuje moich przyjaciół a swoich klientów, którzy odeszli przedwcześnie: Ksawka, Mariana, Ziutka, Zbyszka i nieodżałowanego Michała, który odszedł i pochowany został w dniu św. Mikołaja .

Przełom XVIII i XIX w. Brama od strony placu Jana Pawła II

Świdwin miał swoich oryginałów, jak każde miasto. Do nich należał pan Hartenstein. Wcześniej był właścicielem majątku w Oparznie (Wopersnow). Żył samotnie ze swoją ważącą ponad sto kilogramów żoną. Codziennie spacerowali zielonymi alejami miasta. Szczupły, bez brody, z lekko pochyloną do przodu sylwetką. Ubrany w czarny zapięty na wszystkie guziki surdut i sztywny cylinder. Ręce zawsze trzymał splecione na plecach, o ile nie były obciążone parasolem przed deszczem lub słońcem. Jego małżonka z uwagi na tuszę poruszała się wolno, dlatego też pan Hartenstein szedł dziwnie. Dziesięć kroków z przodu, szybki powrót, kilka uwag do żony i znowu w przód. A ona skrzekliwie gderała. Tak wyglądały ich spacery. Na dodatek był przygłuchy co wykorzystywał miejski urwis Avi Mendel, podbiegał do pana Hartensteina i udając grzecznego, kłaniał się nisko, zdejmował czapkę i mówił: „Dzień dobry panie Hartenstein, ma pan łajno na nodze”( po niemiecku to się rymuje). Pan Hartenstein dziękując za pozdrowienie sięgał do sakiewki i dawał huncwotowi monetę, chyba, że małżonka była zbyt blisko, usłyszała „pozdrowienie” – wówczas Avi musiał salwować się ucieczką.

Dobroduszny pan Stein, właściciel miejskiego mająteczku Botenhagen z pięknym domem i ogrodem niedosłyszał i dlatego bardzo głośno mówił. Kiedy się przechodziło obok jego posiadłości można było usłyszeć jak rozmawia ze sobą, czemu towarzyszyły niezrozumiałe, hałaśliwe chrząkanie i głośne spluwanie. Na polowaniach swoim zachowaniem wypłaszał zające. Kto latem odwiedzał jego dom, musiał przejść obok oszklonej altanki, w której na ławeczce siedziały dwie siwowłose, zażywne panie, nieustannie zrzędzące tak samo głośno jak i ich brat. Każdego przychodzącego pytały o powód odwiedzin. Zupełnym przeciwieństwem była pani Stein, przyjacielska, cicha i pracowita.

Adolf Wildorf był jedynakiem i właścicielem apteki „Pod lwem” korzystającej z przywileju królewskiego. Zatrudniał prowizora Zimera , ale i sam potrafił komponować odpowiednie lekarstwa. Chodził w szlafroku i filcowych pantoflach. Utrzymywał dwie służące, które prowadziły się dość swobodnie. Miał bryczkę z jednym koniem, którego w hotelu nazywano „latającym ptakiem”. Potem zastąpił go dwoma bułanymi, rosyjskimi kucami z ciemnymi pręgami na grzbiecie. W czasie pracy w aptece Wilsdorf gadał sam do siebie albo cicho gwizdał. Gdy wpadał do hotelu, pan Heller witał go zawsze słowami: Adolfie, boję się ciebie”, czasami żartował „Kiedy ciebie widzę to mnie śmiech ogarnia” Pan Heller wiedział jaka jest sytuacja w jego domu. Adolf na co dzień był wesołego usposobienia i można było go namówić na każdą psotę, jednak na pana Hellera spoglądał wilkiem po jego słownych zaczepkach. Skrajnie inną osobą była jego żona Teresa. Ta para pasowała do siebie jak pięść do nosa.

Małżeństwo  się  rozwiodło,  apteka  przeszła  na  Eltza  I Ruhlanda. Jedyny syn Wilsdorfów Buti(Brunon) rozpieszczony w nadmiarze, prowadził beztroskie i hulaszcze życie. Po ukończeniu świdwińskiej szkoły gospodarstwa wiejskiego służył jako chorąży meklemburskich dragonów. Majątek Wilsdorfów stopniał w oczach. Syn zastrzelił się jeszcze za życia ojca.

Mistrza Bartholomaeusa można było latem i zimą spotkać w nausznikach, zakutanego szalem i w płaszczu. Jego żona i siostra nosiły do kaptura takie długie treny, że mogły nimi zamiatać ulice. Przy tym siostra kręciła kuperkiem, co uchodziło za eleganckie zachowanie. Panie nosiły tiurniury nie przejmując się zmianami w modzie.. Syn Adschen był teologiem. Blondyn, szczupły, stale w płaszczu, prosty jak świeca. Kiedy zatrzymywał się na pogawędkę , to rękoma podpierał plecy i huśtał się na palcach stóp.

Miejscowy lekarz dr Hans, z metra cięty kawaler, ubierał się elegancko ze sznytem. Przez kilka lat praktykował w Świdwinie. Oj, kogucik, kogucik co się zowie.

Sześćdziesięcioletni rencista Walter Koepoke był maminsynkiem, zarozumiałym i próżnym, egoistą pod każdym względem. Mawiano:” Walter niczego się nie nauczy”. Chodził do obu hoteli, wypijał jednego albo dwa sznapsy i czasami jadał. Po odliczeniu potrzebnych groszy zamawiał pół kanapki z łososiem, ale bez kaparów i innych dodatków.

Wesołymi postaciami za którymi ciągnęły się gromady sztubaków, byli: ojciec wędkarzy a zarazem pomocnik belwiarza Durschnabela, który nawet podczas drogi do pacjentów znalazł chwilę na wędkowanie i Edward Knoblaender, czeladnik stolarza Rascha, który chodził paradnym, sprężystym krokiem i rozłożonymi rękoma machał do przodu i do tyłu.

Na ulicy spotkać można było również ognistą Aurorę Sadragewicz i Bertę Steffen miejskie piękności. Inna już starsza kobieta z tego grona, podczas ważnych miejskich uroczystości spijała się do nieprzytomności i zasypiała na ulicy. Miejski policjant Bulgrin musiał ją na wózku zawozić do specjalnej komórki przy ratuszu, gdzie mogła wytrzeźwieć po świątecznym upojeniu.

Wyróżniającą postacią był również wiejski golibroda i pasterz świń z Berkanowa oraz Fritz Lucht z Międzyrzecza, który w hełmie na głowie i kosturem na ramieniu maszerował paradnym krokiem salutując spotkanym mieszczanom. Wiadomo, stary marynarz z tych jakich można było spotkać w pobliskim Kołobrzegu.

Takich znał prokurator dr Peter Amim, częsty bywalec hotelu. Lubił odwiedzać morskie kąpielisko i spacerować długą promenadą. Czasami spotykał starego wilka morskiego ze srebrnym kolczykiem w uchu, który od czasu do czasu pilnował mu ubrania gdy ten chciał popływać. Stary zawsze bronił się hałaśliwie przed przyjęciem zapłaty za tą drobną przysługę. Zdarzy6ło się onegdaj, że kilka dni nie spotkał starego. W końcu, trochę przypadkowo, dojrzał go na końcu małego mola. Stary siedział i …łowił ryby. Jego ogorzałą, pogodną twarz ocieniała sfatygowana czapka marynarska. Morskie fale, błękit nieba z nielicznymi obłokami harmonizowały z jego sylwetką.

Prokurator uzmysłowił sobie, że do wędkujących należy odzywać się krótko i szeptem. Wiadomo ryby są czujne. Podszedł ostrożnie i spytał : – „Biorą?”. Nagle spostrzegł, że jowialna twarz starego z jednej strony jest spuchnięta. „Wrzód dziąsła” – pomyślał. Stary nim odpowiedział, przerzucił „ wrzód” na drugą stronę twarzy. – „ Eee, co tu ma brać”. I z wielką starannością strzyknął przeżutymi prymkami tytoniu do morza.- „ Ryby” – niepewnie zauważył pan Amim. Stary roześmiał się rozbawiony. – Te łowimy w sieci. Wędkę zalecił mi lekarz na stare lata i kłopoty sercowe. Dlatego tu siedzę, moczę patyka i nic mnie nie denerwuje.