Przyjeżdżający do miasta koleją w sprawach służbowych lub we własnym interesie udawał się do hotelu, gdzie mieszkał i jadał. Na ogół mocno pito i dobrze jedzono. Przeciwnicy alkoholu i wegetarianie traktowani byli lekceważąco. Podróżujący często mieli przy sobie wielkie kufry i walizy z naklejkami różnych hoteli. Ładowano je na omnibusy, które podjeżdżały do każdego pociągu. W razie potrzeby olbrzymie bagaże przewoził później wynajęty wozak lub służba właścicieli sklepów, z którymi podróżny robił interesy.

Hotel Iben przy dzisiejszej 1 Maja

W ciągu 20 lat mojej pracy w Świdwinie można było wyraźnie zauważyć, że podróżujących własnymi zaprzęgami było coraz mniej. Ci, którzy ich używali dbali przede wszystkim o wygodne siedzenia. Często były to tylko dwukółki z osłoną, aby im i ich bagażom deszcz nie zaszkodził. Niektórzy mieli zaprzęg w dwa, często wypożyczone konie. Tak podróżowali Jan Jus i Johannes Guse. Ten ostatni, stary bywalec, pochodzący z Rawina koło Białogardu, wcześniej posiadał majątek ziemski i znany był w kręgach ziemian, chętnie widziany i goszczony. Teraz handlował pralkami i wyżymaczkami. Inni handlowali papierem, słodyczami i cygarami. Większość z nich robiła interesy w żydowskich manufakturach konfekcji damskiej i męskiej.

W sprawach win podróżował zawsze elegancko ubrany pan von Jaminat cierpiący na płaskostopie. Szarmancki, do kobiet zwracał się zawsze „Szanowna Pani”. Wielu z nich w interesach objeżdżało okoliczne majątki ziemskie. Specjalne miejsce zajmowali mały Eisenheimer i Aschhaus Oberingelheim, a do tego Ullmann z Berlina – męski krawiec, mistrz w swoim fachu, bardzo drogi. Grał brawurowo różne obertasy i inne kawałki muzyczne. Jego kompan pan Eisenheimer wirtuozersko grał na skrzypkach, zabierał je w każdą podróż, jeździł z nimi po okolicznych majątkach, aby przedstawić ofertę win i własne Kreszenz Oberlingen w beczułkach.

Gruby Boeckel, ponad czterdziestoletni wesoły i rubaszny mężczyzna ważył ponad trzy cetnary(ok.150 kg), odwiedzał sklepy z produktami kolonialnymi. Dla dzieci miał zawsze w kieszeniach cukierki. Był niezbyt bogaty. W hotelu jadał samotnie. Czasami przyjmowano go do table d’hotel (posiłek dla stałych gości, w określonych godzinach, po z góry ustalonej cenie).

Od czasu do czasu były kłopoty z dostawami świeżych szparagów i hodowlanych pstrągów. Pan von Schmidt-Berkanow (Hugo von Schmidt Wrucz Kowalsky właściciel majątku Berkanowo) jadał tylko główki szparagów. Golonki i giczy cielęcej nigdy nie było w menu hotelu.

Życie hotelu ożywiali podróżni przemieszczający się z miasta do miasta. Znali kraje i ludzi, przywozili najnowsze wieści i różnego rodzaju modne nowinki. Między nimi był niejeden zubożały oficer bądź ziemianin, a także bankruci życiowi, zapoznani geniusze, hulacy o nienagannych manierach. Przywozili nowe mody: szpiczaste pantofle, kapelusze panama, szapoklaki co to po złożeniu można było schować w kieszeni, kapelusiki ze strusim piórem zwane florentyńczykami, a do tego markowe parasole entoutcas. No i ubrania z wełny dra Jaegera (Gustaw Jaeger niemiecki zoolog i fizjolog. Zalecał odzież z włókien pochodzenia zwierzęcego a nie roślinnego).

Kto szukał prostszego otoczenia niż hotel Hellera, szedł do hotelu Iben ( przy dzisiejszej 1 Maja). Nawet miejscowy pastor z diakonem po cichu wchodzili do hotelu od tyłu i tak go opuszczali po degustacji ostrego napitku. Po przebudowie hotelu Iben i otwarciu dużej sali połączonej z małą przeszklonymi , rozsuwanymi drzwiami liczono, że doborowe towarzystwo na stałe tu zagości. Niestety elitarny klub zwany „Kółkiem Tschammera” powoli się rozpadał. (W styczniu 1886 roku w wyniku kłótni pomiędzy dwoma bywalcami odbył się pojedynek na pistolety. Na szczęście zakończył się bezkrwawo).

Właściciel hotelu pan Heller wpadł na pomysł urządzenia uroczystego balu. Długo szukał odpowiedniej osoby która by go zorganizowała. Trafiono na rotmistrza von Gaudecker z Kerstin (Karścino koło Kołobrzegu), który ochoczo podjął się zadania biorąc do współpracy kapitana Thiede z Gross Rambin (Rąbino). Zaproszono wszystkich bogatych ziemian z rodzinami z powiatu, miejscowych oficjeli, oficerów kirasjerów i ułanów. Zaproszono również gości z odległego Stargardu. Uroczystość rozpoczęto herbatą podaną w małej sali. Panowie pili ją na stojąco żywo dyskutując. Potem przeniesiono się do dużej sali, gdzie przy dźwiękach orkiestry smyczkowej rozpoczęto bal. Panie w najlepszych strojach i biżuterii, z wachlarzami. Młodsze z reguły w bieli, ale też w jasnej zieleni, błękitach i czerwieni. Zamężne panie, szczególnie te starsze, w koronkowych kapturkach. Turniur (kopulasty kształt spódnicy)już się nie nosiło. Panowie, o ile nie byli wojskowymi, we frakach, z cylindrami i w białych rękawiczkach.

Na początku polonez. Pomiędzy panami byli świetni tancerze. Po pewnym czasie była suta kolacja, w czasie której było słychać strzelające korki szampana. Potem dalej tańczono i bawiono się, a w przerwach prowadzono ożywione debaty. Bal kończono kadrylem i kotylionem, w którym musieli uczestniczyć wszyscy, którym nogi nie odmówiły posłuszeństwa.

W okresie po balu można było ogłosić niejedne zaręczyny. W trakcie balu nie szczędzono sobie różnych dowcipnych przytyków, żartów i drobnych złośliwości. W trakcie przedstawiania wydarzył się na tym balu wesoły incydencik: dysponujący rubasznym humorem staruszek Brasch, właściciel majątku Muhlendorf (Poradz) z powiatu Regenwalde (Resko)przedstawił się porucznikowi von Tschammer podniesionym głosem Brasch Muhlendorf. Von Tschamer odpowiedział: – o hrabia von Schulenburg, na to Brasch – nieee, Brasch von Muhlendorf! Von Tschammer zbity z pantałyku pytał później pana Hellera o co tu chodzi, bo dowcipów hrabiego nie rozumiał (ja też).

Niedługo po tym w Świdwinie miała śpiewać Adelina Patti (włoska śpiewaczka sopranowa). Pan Heller liczył, że sala będzie pełna, ale się przeliczył. Patti poleciła, by w czasie jej podróży powrotnej z Petersburga przetelegrafowano jej do Gdańska o wielkości przedsprzedaży i po jej otrzymaniu odwołała swój występ. Mieszkańcy Świdwina nie sprostali zbyt wygórowanym ambicjom kulturalnym mojego szefa, sprzedano zbyt mało biletów. Pobrane pieniądze oddano wpłacającym.

Adelina Patti (z kwiatami) w otoczeniu służby

Jako zastępczy zorganizowano koncert dobroczynny, w którym udział wzięli pod kierunkiem Wagenknechta ( miejscowy nauczyciel i kompozytor), mały chór mieszany, duet śpiewaczy pań Luebke i Scheunemann, hrabina Schliefen śpiewająca szwedzkie pieśni i Karl Waldow jako flecista, któremu towarzyszył Wagenkneht.


Królem Pomorza nazywany był pan von der Osten z zamku w Plathe (Płoty w pow.gryfickim – posiadłość słynęła z biblioteki zamkowej posiadającej jeden z największych zbiorów pruskiej szlachty ). Miał największy obszarowo majątek, a wtedy jeszcze duże pieniądze, które trzymał w zamku. Z dumą pokazywał służbie i swoim pracownikom szeroko otwarty sejf, w którym znajdowały się liczne rulony złotych i srebrnych monet. Mówił przy tym: „Popatrzcie dzieci na te pieniądze – jakim bogatym stał się wasz pan dzięki oszczędności”. Jego jedyna córka wyszła za pana von Knebel Doebenitz z Gersdorf (Gawroniec). Był najbogatszym wśród pozostałych Knebelów, którzy mieli majątki w sąsiednich Rosenhoeh (Słowianki), Klebow (Chlebowo) i Dieterhof. Ponieważ konie, powozy i służący byli do dyspozycji w dużej ilości, a stary von der Osten chciał oszczędzić pieniądze na uciążliwy przejazd koleją – każdego roku jeździł na przełaj z Płot przez Świdwin, gdzie robił przerwę, do Gawrońca. 7 mil jazdy powozem (ok.60 km).

Podczas gdy w Świdwinie wymieniano mu konie, pan von der Osten siadał w najlepszym pokoju hotelu, skąd przez okno obserwował niewielki ruch i życie na Placu Targowym(Plac Konstytucji 3 Maja). Jak by nie było Świdwin był trzy razy większy od Płot. Potem wyciągał swoją skromną kanapkę, zjadał ją, zamawiał dla woźnicy piwo, płacił za to 15 feningów i po pół godzinie jechał dalej. Trzy dni później , w drodze powrotnej, wymiana koni odbywała się w identyczny sposób.

Tak samo podróżował jego zięć z Gawrońca do Płot z przerwą i odpoczynkiem w Świdwinie. Jeździł z żoną i dziećmi, walizami i dwoma wożnicami, służącym i niańką, dwoma lub trzema powozami i w Świdwinie pozostawał dwie lub trzy godziny. W hotelu zawsze jadano placki ziemniaczane i do tego pito kawę. Pan von Knebel był wysoki i szczupły, nosił monokl – jako jedyny w okolicy poza panem Oppenfeld – a na palcu trzy pierścionki ślubne, dwa z jego pierwszego małżeństwa. Siedząc zakładał jedną nogę na drugą, arystokratycznie podciągając tę założoną. W czasie postoju przeważnie czytał gazetę albo rozmawiał z panem Hellerem. Sama rozmowa trwała czasami i dwie godziny a dotyczyła z reguły starszej pani Knebel z Gawrońca, starego weterynarza Hellera z Dramburg(Drawsko), który doglądał stada merynosów państwowego instytutu Moeglin (doświadczalna stacja rolnicza, później uczelnia rolnicza przyłączona do Uniwersytetu Berlińskiego) i często przyjeżdżał do Gawrońca. Rozmawiano o nowych maszyn rolniczych oraz wydobyciu torfu i jego przetwarzaniu, gdyż w Gawrońcu było dużo torfowisk.

Potem pan i pani von Knebel razem z najmłodszymi dziećmi zajmowali miejsca w pierwszym powozie na gumach i odjeżdżali po uprzednim ucałowaniu rąk wielmożnych przez służbę. Pozostałe wozy jechały ich śladem. Te jazdy odbywały się z niezwykłą regularnością.

Kiedy pan Heller jechał do swego szwagra Siegerta w Winkiel(?), to zahaczał o Gawroniec i musiał choć na chwilkę wpaść do państwa von Knebel, gdzie omawiano rolnicze nowinki z okolic Świdwina i Dramburga. W owym czasie żył jeszcze stary pan Borcke z Kankelfiltz (Kąkolewice), który przy swojej osiemdziesiątce nigdy nie zapomniał aby przejeżdżającym w ciągu dnia pociągom osobowym między Labes (Łobez) i Ruhnow (Runowo) pomachać chusteczką przez okno, na co podróżujący znajomi o tym wiedzieli – czy Żydzi czy chrześcijanie odwzajemniali się tym samym.

„Jeśli tak jest, to musi tak być” było herbową dewizą starej pomorskiej rodziny von Massow. Wśród wżenionych w tą feudalną rodzinę dam, były i takie, które pieniędzy dotykały tylko w rękawiczkach, między innymi pani von Mering z Klemzow (Klępczewo) i pani von Cleve z Leckow (Lekowo). Pani Cleve arystokratka, na łożu śmierci odebrała od synów przyrzeczenie, że za żony wezmą tylko szlachcianki. Synowie słowa dotrzymali: Anton ożenił się z córką przewodniczącego zarządu Szczecina panną von Sammerfeld a wybranką majora Wilhelma została panna von Mannteufel z Redel (Redło).


Starosta świdwiński hrabia Baudissin mieszkał na końcu miasta, stamtąd udawał się na codzienny spacer – promenadą do rynku. Na dworzec jeździł dwukonką przez dzielnicę stajni wokół miasta. Tędy też udawał się do szkoły gospodarstwa wiejskiego (szkoła zawodowa na Wojska Polskiego-dop.Z.Cz.), w której w każde Boże Narodzenie odbywał się koncert dobroczynny zakończony jednoaktówką, na organizowane w auli szkoły bazary Ojczyźnianego Związku Kobiet. Bywał też na dorocznych uroczystościach z okazji urodzin cesarza. Chodził także do kościoła, a i nasz hotel, od czasu do czasu, zaszczycał swoją obecnością. Do starostwa (dzisiejszy dom dziecka) jeździł służbową dwukonką. Kontakty towarzyskie utrzymywał bardzo nieliczne, tylko z hrabiami Schlieffen i Cleve oraz majorem von Borcke, którego żona była chora.

Hrabinę Baudissin można było spotkać raz w miesiącu, na spacerze w towarzystwie guwernantki córki. Czasami wybierała się z młodą hrabianką na zakupy do kilku sklepów.. Bywała również na spotkaniach Ojczyźnianego Związku Kobiet którego była przewodniczącą i na balach charytatywnych w hotelu Hellera. Była piękną, kobietą. Niewysoka jasna blondynka, zawsze skromnie i gustownie ubrana. Urzekała nielicznych, którzy mieli szczęście ją poznać, serdecznością, urokiem i charakterystycznym dla Ostenów arystokratycznym szykiem.

Poprzedni starosta świdwiński , Landesdirektor (dyrektor ziemski) von der Goltz z Krzecka, wdowiec, jako przewodniczący rady powiatu przyjechał tylko dwa razy na posiedzenia tego gremium. A później na godzinę zatrzymywał się w hotelu. Zawsze wiedział, co , komu i czego brakuje. Próbował pomagać, jednak zawsze „kciukiem przytrzymując sakiewkę”. Był rygorystyczny w przestrzeganiu prawa i porządków. Jednak najwięcej czasu poświęcał swojemu wielkiemu majątkowi w Krzecku. Był Pomorzaninem starej daty – wiernym królowi, serdecznie dobrym o silnym charakterze. Jeden ze szwagrów mojego szefa powiedział kiedyś o nim: „ Chciałby naszego władcę Wilhelma II nosić na rękach. Innemu szwagrowi wiodło się źle w jego popadającym w finansową ruinę majątku”. Mój szef mówił o nim: „On to nie jak ołowiana gęś” Aby móc stanąć na nogach, szwagier pożyczył od swoich krewnych 5 tyś. marek i wystawił kwit dłużny. Pożyczający pieniądze zmarł po kilku latach. Kiedy jego syn znalazł kwit dłużny w papierach spadkowych, przedstawił go przy sposobności swojemu wujowi. Ten przepraszał i żałował, że nie może jeszcze tych pieniędzy oddać. Syn wierzyciela bez słowa kwit podarł i wrzucił do kosza na śmieci i tym samym uznał sprawę za załatwioną. W swoim późniejszym życiu złożył jeszcze niejeden dowód swojej wielkoduszności.

Dawny właściciel ziemski pan Märker, przez zapomnienie, albo umyślnie, zostawił w hotelu swoją laskę. Po kilku latach mój szef zaczął jej używać. Wielu podziwiało jej wygląd i pytało o cenę. Szef niezmiennie odpowiadał: „trzysta marek”. Taką bowiem sumę pożyczył panu Märker na „ nigdy nie oddanie”. Do dobrego tonu wśród arystokracji i właścicieli ziemskich należało nie przypominanie sobie długów. „ Kto nie daje znać, że chce zwrócić pożyczoną sumę – to albo nie chce, albo nie może w tej chwili tego uczynić”.

Panu Iksińskiemu pan Igrekowski nagle wymówił hipotekę. Iksiński wyprosił u swojej teściowej z posagu żony -5 tysięcy talarów, aby móc tę hipotekę spłacić. Najstarszy syn teściowej kazał zaprząc konie i matka przyjechała do Świdwina, by wręczyć zięciowi znaczącą część jego zadłużenia ( 5 tys. Marek) w obligacjach pruskich. Pozostałą część posagu żony p. Iksińskiego synalek teściowej już dawno przehulał. Iksiński podziękował dobrej teściowej, ale szwagrowie i tak skłócili się na lata. O całej tej historii dowiedziałem się od pana Gadebuscha, który wyjaśnił mi przyczynę poróżnienia się szwagrów.

Rodzinne uroczystości szlachty i mieszczańskich rodów patrycjuszowskich obchodzono w Berlinie i Szczecinie, rzadziej w rodowych majątkach. Tak zanikały powoli dawne feudalne zwyczaje. Główna linia Gadebuschów i Zanthierów wymierała. Dzieci hrabiego Baudissina Evan i Wolf zostali pisarzami. Niektóre panie z tych kręgów używały palety, jedna z nich osiągnęła znaczące sukcesy. Mieszczanie jak musztarda świdwińska zaczynała swoją wędrówkę po świecie.