śp. Jarkowi Glapie, kelnerowi z Polonii, Słowiańskiej i Relaksu

15.09.2013

Dzisiejszy budynek starostwa, to zbudowany w latach 1910-1914 hotel Monopol – chluba ówczesnego Świdwina. Miejsce na którym go pobudowano ma historię o wiele dłuższą. Tutaj w latach dwudziestych 19 wieku Fryderyk Klug pobudował gospodę. Klug był postacią barwną z ciekawym życiorysem. Brał udział w zamieszkach rozpoczynających rewolucję francuską i wraz z paryżanami zdobywał Bastylię. Dlatego też aż do śmierci w 1846 roku nosił przezwisko „zdobywca Bastylii”. Gospoda przechodziła różne koleje losu, zmieniali się właściciele, bywalcy, wystrój. Kiedy stała się i hotelem trudno ustalić. Gdy w 1879 roku właścicielem zostaje Ernst Heller z Drawska, obiekt funkcjonuje jako hotel z nazwiskiem właściciela w nazwie.

Hotel Hellera, od 1893 roku Collatz

Bywalcami lokalu obok miejscowych są również okoliczni właściciele ziemscy, zatrzymujący się w nim podczas swoich wojaży do Berlina, lub po prostu aby się zabawić.

Autorem wspomnień jest naczelny kelner hotelu który opowiada o swoich i swoich podwładnych, o przygodach, żartach, gościach i kuchni. Wspomnienia obejmują lata kiedy właścicielem był Ernst Heller. Tekst powstał na podstawie opracowania: Christel Wehlen „Szlachta ,ziemia i ludzie za czasów dziadka od roku 1879 do 1893”. Przetłumaczyła pani dr Ewa Unger, za co serdecznie dziękuję. Teks jest dość obszerny dlatego tez przytaczam go z niewielkimi zmianami i uzupełnieniami.

Dom rodzinny R. Virchowa

W Świdwinie, w małym domku o dwuspadowym dachu, na rogu placu Targowego obok apteki, urodził się RUDOLF VIRCHOW; wielki uczony, antropolog i lekarz. Na domku po latach odsłonięto żeliwną tablicę ze stosownym napisem.

Mały Rudolf już w szkole był bystrym chłopcem, który swoimi pytaniami i uwagami wprowadzał często nauczycieli w zdumnienie i zakłopotanie. Po jednym z takich pytań, starszy i doświadczony nauczyciel powiedział do dziesięcioletniego Rudiego „Synku, idź do domu i powiedz ojcu, żeby ciebie posłał do wyższej szkoły, ja nie mogę ciebie już niczego więcej nauczyć ”,Taki był początek jego edukacji. Potem gimnazjum, uniwersytet. Wkrótce `stał się uznaną wielkością nie tylko w Niemczech ale i na całym świecie. Obok dokonań naukowych, rozwinął również intensywną działalność polityczną. Często zabierał głos w parlamencie ( był posłem do Reichstagu z ramienia Partii Postępowej – dop.Z.Cz), oraz na różnego rodzaju zgromadzeniach i wykładach. Wystąpienia Virchowa oratorsko były słabe, ale nadzwyczajne dzięki znajomości rzeczy i ostrości poglądów. Na krótko przed śmiercią, wiosną 1890 roku odwiedził rodzinne miasto, znalazł się z krótką wizytą w swoim mieście rodzinnym. Przybył w znamienitym towarzystwie, między innymi z nadprezydentem Pomorza von Puttkamerem ( Robert von Puttkamer pochodził ze starej, zgermanizowanej, pomorskiej rodziny. Jego siostrą była żona Ottona von Bismarcka-dop.Z.Cz.). Przejechali od dworca do Placu Targowego (rynku dop.Z.Cz.) w eleganckim lando zaprzężonym w dwa gniade konie. Obejrzał swój rodzinny dom od zewnątrz i udał się do ratusza, gdzie odbyło się powitanie i wręczenie honorowego obywatelstwa. Wizytę zakończono śniadaniem w niewielkim gronie u starosty.

Także Bruno von Valentini, szef gabinetu cywilnego cesarza Wilhelma II rozpoczynał swoją polityczną i publiczną działalność jako asesor w Świdwinie i stołował się w hotelu.

Plac Targowy, za drzewem dom Virchowa

Kelnerów w hotelu zawsze było trzech i o stałych imionach: Fritz, Franz i Friedrich. Fritz to imię małego pikolaka, chłopaka do najprostszych posług. Franz to kelner, co dwa lata ktoś inny, także ja sam nim przez pewien okres byłem – z uwagi na mały wzrost i milczącą naturę uzyskałem przezwisko Wobei („Gdzie”). Trzeci kelner w tym związku nazywał się zawsze Friedrich. Pierwszy Friedrich za moich czasów nosił nazwisko Raether. Był żonaty i oszczędny. Z uciułanych napiwków utworzył własny interes – firmę przewozową. Do dyspozycji podróżujących klientów podstawiał powozy z kuframi i walizami na przewożone towary. Ruch w interesie był duży bo często co zamożniejsi mieszczanie udawali się z wizytami do bliskich i znajomych w okolicznych majątkach. Po nim byli Friedrichowie: Witt i Bi-Ba-Boesel. Czwarty Friedrich o jeszcze piękniejszym nazwisku Grossklags pochodził ze świdwińskiego hotelu Müllera, gdzie w tylnym pokoiku otworzył knajpkę, w której pijącym gimnazjalistom wspaniałomyślnie udzielał kredytu. Można było się do niej dostać niepostrzeżenie. Była bardzo popularna wśród tych, którzy chcieli zachować dyskrecję. Równie popularną wśród młodych wielbicieli trunku była knajpa „Zielona Lipa” przy szosie do Smardzka.

Kolejny Friedrych o nazwisku Borchert również po pewnym czasie otworzył własną gospodę. Jednak największym oryginałem pośród wszystkich Friedrychów był ten, który bezustannie krążył z miotłą na ramieniu po podwórzu i gdy tylko zauważył nadjeżdżającą dorożkę podbiegał, usłużnie otwierał drzwiczki, pozdrawiał i czekał na zapłatę. Niestety nie udało mu się otworzyć własnego interesu. Kiedyś zdarzyło się, że podbiegł do Alberta Spaldinga von Vierhoff z przezwiskiem Vierpott ”Cztery Pule” – znanego hołysza, birbanta, żartownisia. Ten uśmiechając się pod wąsem zamarkował sięgnięcie po pugilares i zamiast napiwku poklepał natręta po wyciągniętej łapie. Friedrich zrobił wielkie oczy ze zdumnienia i wyjąknął tylko niemrawe pozdrowienie. Kiedyś pan von Tschirsky, słynący z zamiłowania do mocnych trunków był zmuszony pozostać na noc w hotelu. Zażyczył sobie aby go obudzono następnego dnia o siódmej rano. Budzenie zleciłem Fredrichowi. Ten wywiązał się ze zlecenia w charakterystyczny dla siebie sposób. Załomotał w drzwi miotłą a po kwadransie zapytał o pragnienie pana barona. Ten zamówił mocną kawę I bułkę z masłem. Friedrich nadal gadał o pięknie zapowiadającym się dniu i pytał o dalsze zlecenia związane z odjazdem. Zniecierpliwiony baron ponownie zapytał co z moim śniadaniem. Niezrażony tym Friedrich odpowiedział:” Już podaję, a więc bułkę z masłem i szklaneczkę piwa?”

Ja sam oczywiście nie nosiłem miotły, nosiłem nieskazitelny frak. Z łańcuszka do zegarka zrezygnowałem, wydawał mi się zbyt burżuazyjny. Moje imię nie wywodziło się od Franciszka z Asyżu, byłoby to raczej osobliwością na protestanckim Pomorzu.

O pieprz, sól, ocet, oliwę i musztardę, bułeczki czy chleb nikt nie musiał pytać. Kto lubił sos worcesterski ( rzadki o korzennym smaku z papryką, anchois oraz z dodatkiem sosu sojowego, szarlotki, cukru, octu i imbiru – dop. ZCz), też migiem go dostawał. Ja układałem jadłospisy i menu, oczywiście inspirowany przez szefa. Mówiono, ze jako jedyny kelner w okolicy bezbłędnie. To były zobowiązania wobec naszych gości. Kiedy zaprzęg wjeżdżał w kamienną bramę hotelu, to po głowach koni, tętencie kopyt, turkocie wozu, dzwonkach u sań, rozpoznawałem kto przyjeżdża. Panowie Heller i rotmistrz von Zanthier kiedy mieli już w czubie żartowali sobie z kelnerskiej duszy i mojego jaskółczego ogona. Ale było to dobrotliwe i mnie nie oburzało.

Pikollo, ten trzeci kelner był mały, pracuje krótko więc o nim trudno jest coś powiedzieć. Kiedy chodził w tym przydługim fraku to wyglądał jak pingwin, albo puttkamerowska chabeta. Razem serwowaliśmy najlepiej przyrządzone i wyszukane potrawy.”Podeszwy” czy też „ pieczeni cielęcej a la elastyczna guma” gościom nie podawano.

Inspirację czerpaliśmy z księgi„ Sztuka kuchni francuskiej „ Caroma. U nas kuchnia też była francuska, lekko spolonizowana. Używaliśmy naturalnego masła, i tam gdzie to pasowało, z kwaśną śmietaną i grzybami, także papryką i innymi przyprawami. Befsztyki, rumsztyki, czy też baranie kotlety pieczone były według życzenia: na sposób niemiecki, angielski, lub na ruszcie. Przy „table d’hote” jedzono zupę i dwa dania obok kompotu lub leguminy, a za półtora marki dodatkowo masło i ser – oczywiście z bułeczkami, chlebem lub pumperniklem. Zarobek przy tym był słaby, jedynie wino go podnosiło. Kto jadł „a la carte”, temu podawano do pokoju.

Największe delikatesy pochodziły z ryb. Jeżeli goście nie znajdowali ulubionych delicji w rodzaju wędzonego łososia czy kawioru, a na raka, homara, czy ostrygi nie mieli ochoty – to dyrekcja hotelu wysyłała zamówienie do Karola Waldemanna z Köslin (Koszalina) i smakosze otrzymywali swoje ulubione danie.( Karol Waldemann założył w 1878 r. firmę której specjalizacją były wędzone łososie. Dlatego Koszalin nazywano „miastem wędzonego łososia”- dop. ZCz.). W lesie koło Dolgenow (Dołganowa) były smardze które sprowadzał pan Guenther. Hrabiowski zarząd pałacu w Stargord (Starogard koło Reska) zaopatrywał w okresie wielkanocnym nie tylko kanclerza Rzeszy w jajka czajek , ale i nasz hotel – co było w tym czasie bardzo modne. Dostarczali również winogrona i rzadkie w tamtym czasie ananasy i brzoskwinie na kruszony. Truskawki ogrodowe jadano surowe, co najwyżej z cukrem i bitą śmietaną, której używano także do kruchego ciasta i tortów. Do kruszonu stosowano również poziomki. Jadalnych kasztanów, pomidorów i karczochów prawie nie znano. Do pomorskiej gęsi i jej wątróbki dodawano pieczone jabłka. A teraz napoje. Obok wszystkich znanych rodzajów win i kruszonów, wódek i likierów pito szwedzki poncz, grzane wino, grog i piwa: ciemne Patzenhofer, porter, Pfungstädter Bockele lub Kulumbacher. Po przebudowie i udostępnieniu większej sali na wszelkiego rodzaju uroczystości także piwo jasne z browaru Achillesa, później Buchterkircha i Müllera, który swój hotel w 1892 r. sprzedał Ibenowi. Wyszynk piwa ja miałem w arendzie. Ulubionym daniem była fasola Bonifacego a także wino czerwone musujące z oznakowaniem wschodniopruskiego miasteczka prowincjonalnego nazywane „Krwią Turka”.

W razie konieczności dodawano sałatkę z selerów albo zimną kaczkę.

Palono głównie dobre cygara – brazylijskie, meksykańskie. Do szampana też prawdziwe Hawanny a ponadto Virginia, Xiue Upmany i Henry Claye. Papierosów palono mniej. Rozliczano się raz lub dwa razy w tygodniu. Do przyjmowania i rozliczania pieniędzy służył bloczek do notatek i skrzynka na tysiąc cygar.

Hotel nie tylko był punktem gdzie spotykali się właściciele ziemscy z okolicy, odbywały się w nim również państwowe uroczystości, wesela, koncerty szczególnie po otwarciu wielkiej sali. Ważni obywatele miasta zjawiali się w hotelu regularnie, ale niezbyt często. Bywali również w innych hotelach i pijalniach u Collatza i Bienengräbera, latem także w parku przy strzelnicy. W kręgle grano od 1890 roku w każdy czwartek w gospodzie u Sietke. W pierwszych latach najlepszymi graczami byli pan Heller i starszy nauczyciel Busch. Większe uroczystości odbywały się poza bramami miasta w lokalu Flackerta. Przeciętni mieszczanie przeważnie trzymali się domu, a do lokalu chodzili na obiad w dniu urodzin Cesarza, na koncerty lub występy wędrownego teatru.