Jeśli bowiem odpuszczacie ludziom
przewinienia ich, odpuści i wam
Ojciec wasz Niebiański.
Jeśli zaś nie odpuszczacie ludziom,
to i Ojciec wasz nie odpuści
przewinień waszych

(Mt 6,14-15)

Jesteśmy w przeddzień rocznicy tragicznych wydarzeń – jednych z największych w dziejach narodu polskiego i ukraińskiego. Siedemdziesiąt lat temu nacjonaliści ukraińscy dokonali eksterminacji ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Przyczyn tej tragedii było wiele, obok etnicznych również prowokacje sowieckie i niemieckie skłócające oba bratnie narody. Rzezie pochłonęły około stu tysięcy ofiar wśród Polaków. W wyniku akcji odwetowych zginęło również ponad piętnaście tysięcy Ukraińców. Ofiary czystek i odwetu to w większości cywile – kobiety i dzieci.

Dzisiaj świadków tych wydarzeń pozostało niewielu, za to przybywa tych, którzy chcą „rzeź wołyńską” wykorzystać do doraźnych celów politycznych, podsycać ogień w tym nacjonalistycznym piecu.

Na szczęście jest wielu i to po obu stronach, którzy o tym bratobójczym piekle piszą z bólem, ale bez nienawiści i nawołują do przebaczenia i pojednania.

Synod biskupów Ukraińskiego Kościoła Grekokatolickiego zaapelował o pojednanie. W liście do wiernych między innymi czytamy: „Jesteśmy dwoma bratnimi narodami, jesteśmy synami powszechnego Kościoła katolickiego. Wspólnie powinniśmy sobie wzajemnie przebaczyć, objąć się i budować wspólną europejską przyszłość”. Szkoda, że podpisania wspólnego posłania do katolików obu obrządków odmówił metropolita Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie abp Mieczysław Mokrzycki, bo – jak się wyraził – różnimy się poglądami. Dotychczas myślałem, że poglądy to domena polityków, a żal za grzechy i przebaczenie to jeden z fundamentów chrześcijaństwa.

Naocznym świadkiem i uczestnikiem tego piekielnego kotła był nieżyjący już świdwinianin pan Mieczysław Kobyłecki. Znałem pana Mieczysława, wiedziałem, że był partyzantem AK. Najczęściej widywałem go w moim parafialnym kościele św. Michała, gdzie krótko był kościelnym. Przyznam, że lubiłem go obserwować. Wysoka, sprężysta postać, z siwą czupryną i dużym wąsem. W sylwetce było coś, co budziło respekt. Stary żołnierz – szlachciura w dobrym tego słowa znaczeniu.

W 1999 roku wraz z Marianem Wiszniewskim poprosiliśmy pana Mieczysława, aby swoimi przeżyciami podzielił się z czytelnikami „Gazety Świdwińskiej”. Opublikowany tekst przytaczam z niewielkimi zmianami i uzupełnieniami z relacji pana Mieczysława dla portalu Wołyń.

Pan Mieczysław Kobyłecki

Urodził się w 1923 roku w Radomiu. Wojna zastaje go w kolonii Borówka, gmina Derażne w powiecie kostopolskim. W miejscowym lagrze sowieci przetrzymują 600 polskich żołnierzy, którzy pracują przy wyrębie lasu. Udaje mu się dostać pracę w obozie, wraz z enkawudzistą jeździ po prowiant dla jeńców do Równego i Klewania. 22 czerwca 1941 roku Niemcy napadają na ZSRR, sowieci ewakuują obóz, nasz bohater dogaduje się z 8 jeńcami i uciekają przed wywózką. W październiku 41 roku dwóch z byłych jeńców – warszawiak Stanisław Pawłowski i Stefan Pietrykiewicz z Łunińca odnajdują pana Mieczysława i załatwiają mu pracę w kamieniołomach bazaltu w Janowej Dolinie. Przyjaźnią się, są starsi. Jak okazało się później, są członkami Związku Walki Zbrojnej. Wypytują swojego młodszego kolegę o poglądy, co sądzi o istniejącej sytuacji politycznej i czy lubi alkohol. Wystawiają go na próbę. Zapraszają na swoją kwaterę i proponują, że zawiezie list dla księdza w Dorażne – list, który nie może dostać się w niepowołane ręce. Polecenie wykonuje. Powoli nabierają do niego zaufania i wprowadzają w robotę konspiracyjną. W pierwszą niedzielę czerwca 1942 roku składa przysięgę, w obecności między innymi swojego starszego kolegi por. Stanisława Pawłowskiego ps. „Cuchaj”. Zostaje żołnierzem ZWZ z przydziałem do placówki w Janowej Dolinie. Przyjmuje pseudonim „Władek”. Przechodzi szkolenie dywersyjne, które prowadzi przedwojenny policjant, Franciszek Kwiczoł. Pierwsze zadania konspiracyjne to wsypywanie żwiru do smarownic osi wagonów z transportów wojskowych.

Udaje się kilka razy. Osie się zacierają i unieruchamiają transporty. Niemcy wzmacniają czujność i wpadają na trop pana Władysława. Zostaje aresztowany, ale udaje mu się szczęśliwie uciec. Później rozwozi prasę konspiracyjną do pobliskich miejscowości.

Policja ukraińska w Derażne aresztuje księdza Kowalskiego i nauczyciela Dykę. Parafianie udają się do kraislandwirta (wysoki urzędnik niemieckiej administracji okupacyjnej – powiatowy inspektor rolny) urzędującego w pałacu Potockich, ten obiecuje im uwolnienie aresztowanych. Niestety jest za późno, policjanci ukraińscy ich rozstrzeliwują.

W sierpniu 1942 roku oddział dokonuje napadu na posterunek policji niemieckiej w Derażne. Obsada była osłabiona, bowiem niemieccy i ukraińscy policjanci udali się na obławę za zbiegłymi jeńcami. Zdobywają 17 karabinów, 5 pistoletów i wiele amunicji i granatów. Wiosną 1943 roku oddział ulega dekoncentracji po potyczkach z bandami ukraińskich nacjonalistów.

Jest świadkiem hekatomby polskiej ludności Wołynia, spalonych wsi, kolonii, osiedli. Widział zwłoki bestialsko pomordowanych kobiet, dzieci i starców, porżniętych piłami, zakłutych widłami, pociętych siekierami.

Po rozproszeniu udaje się zebrać we wcześniej umówionym miejscu 70 partyzantów. Przenoszą się do lasów cumańskich koło Kiwierc, gdzie zostali wcieleni do oddziału partyzanckiego Armii Krajowej legendarnego dowódcy kpt. Władysława Kochańskiego ps. „Bomba”, „Wujek” (przedwojennego oficera rezerwy, cichociemnego, kawalera VM V kl.). Później walczy w słynnej 27 Wołyńskiej dywizji Piechoty AK.

Kpt. Władysław Kochański PS.”Bomba” z partyzantami

Organizują zasadzki, minują linie kolejowe – wysadzają w powietrze 7 transportów wojskowych. Pomagają – konwojują rodziny polskie uciekające przed nacjonalistami ukraińskimi. Walczą z oddziałami UPA i Niemcami.

W styczniu 1944 roku w zasadzce niszczą kolumnę niemieckich samochodów zdążających do Cumania, w trakcie potyczki z nadciągającymi znacznymi posiłkami niemieckimi zostaje ciężko ranny, wielu partyzantów ginie. Życie ratuje mu partyzancki chirurg dr Kałużyński, który w warunkach polowych przeprowadza operację.

Zbliża się front radziecki, zostaje zwolniony z oddziału i z niezaleczonymi ranami powraca do Radomia. Kończy się jego partyzancka odyseja. Zostaje aresztowany przez NKWD i wieziony z innymi akowcami w nieznanym kierunku. Z transportu uwalniają ich partyzanci przebrani w niemieckie mundury – są zdezorientowani, później sytuacja się wyjaśnia.

W 1945 roku zgłasza się do komisji poborowej, lecz z uwagi na stan zdrowia po niezaleczonych ranach nie zostaje przyjęty.

Jako akowiec jest ciągle inwigilowany, ucieczka przez Szczecin na Zachód nie udała się. Los rzucił go do Świdwina i tu od 1946 roku ma swoją nową „małą ojczyznę”.

Relacjonując swoje przejścia, nie zawsze trzymał się chronologii wydarzeń. Oto kilka luźnych epizodów jego wojennych i partyzanckich przeżyć.

Będąc łącznikiem odwiedzał młynarza – Polaka z liczną rodziną w wiosce, której większość stanowili Ukraińcy. Pewnego dnia udał się jak zwykle, aby odwiedzić młynarza, ale niestety cała rodzina została wymordowana, ich ciała znalazł za młynem w ogrodzie.

Innym razem porządny i ludzki Ukrainiec ostrzega go, że nacjonaliści chcą wyrżnąć wszystkich Polaków w Borówce. Powiadamia o tym komendanta Pawłowskiego ps. ”Cuhaj”. Dostajemy polecenie, aby ich ewakuować do Klewania. W akcji brali również udział dwaj inni późniejsi świdwinianie Zenon Pełka i Kosarzycki. Omijali sprytnie ukraińskie zasadzki. Rodziny, które nie chciały się ewakuować zostały w okrutny sposób wymordowane.

Jeszcze przed partyzantką w 1940 roku ucieka z transportu na Sybir. W Łucku pracuje u gospodarzy za chleb i słoninę. Chce przepłynąć wpław przez Bug. Wpada w ręce patrolu sowieckiego. Po licznych perypetiach ląduje w Janowej Dolinie.

Innym razem jest na zwiadzie z dwoma starszymi partyzantami. Nieostrożni zapalają papierosa. To ich zdradza, zostają złapani przez banderowców. Starszych wzięto na przesłuchanie – jego wtrącono do piwnicy, słyszy jęki katowanych kolegów, udaje mu się uciec. Następnego dnia dyskretnie wraca, widzi zwłoki kolegów potwornie okaleczone.

Kiedy zdaje nam relację – mówi, że nie nosi nienawiści w sercu, że potrafi odróżnić narody od zła, które w sprzyjających warunkach w każdym się może wyląc. Opowiadał o swoich wrażeniach z niedawnego pobytu na Ukrainie, gdzie spotkał się z ogromną otwartością i życzliwością, jak niegdyś, gdy oba narody żyły w prawdziwie sąsiedzkiej przyjaźni.

Pan Mieczysław Kobyłecki zmarł 2 września 2004 roku i został pochowany na starym cmentarzu w Świdwinie.