Wejrzenie w dziwne, pomorskie miasto, gdzie wszyscy są szczęśliwi

Mały rynek, zwany „Maślanym”

17 sierpnia 1897 r., to dzień targowy w Świdwinie. Kamienny bruk placu targowego szczelnie wypełniony wozami pełnymi cieląt i świń; w jednym rogu jest stado owiec, a w dole wąskiej ulicy (dzisiejsza Lekarska) przy kościele znajdują się krowy i konie na sprzedaż. Ciężkie postacie w chłopskich ubraniach lub czarnych płaszczach kręcą się wokół; kiedy transakcja zostanie dokonana, wchodzą do jednej z licznych małych gospód dla dobicia transakcji wódką lub piwem. Tematem rozmów są manewry jesienne – dworzec jest pełny młodych wieśniaków w uniformach, tu i tam widać oficera różniącego się od innych twarzą i figurą, jakby był innej rasy – i mowa jest o strzelaninie; jutro zaczyna się otwarty sezon polowań na kuropatwy i zające.

Jarmark na Rynku, pocz. XX w.

Na targu bydła nie ma zbyt wiele zwierząt. Tu tylko sprzedaje się towar najwyższej jakości, a żmudnie utargowane ceny zdają się satysfakcjonować kupców.

Należy jednak podkreślić, że Świdwin jest naprawdę małym miastem na trasie między Szczecinem a Królewcem i sprawia wrażenie marnie prosperującego; począwszy od gospodarzy na rynku a skończywszy na chłopstwie i parobkach w gospodach. Nie wydaje się, do diabła, żeby rolnictwo na tych terenach gwałtownie się rozwijało. A tak próbują dowodzić szlachetni pomorscy panowie, rzecznicy rolnictwa w parlamencie Prus i parlamencie Rzeszy. Kiedy takie oceny docierają do ludzi to są nimi mocno zaskoczeni. Możni panowie utrzymują, że gospodarka kwitnie, ceny zboża rosną i żadnego kryzysu nie widać na horyzoncie. Nawet gwałtowne burze i powodzie, które tak wiele szkód poczyniły w krajach niemieckich, ten region Prus szczęśliwie ominęły. Dla junkrów pomorskich narzekania nawet zamożniejszych gospodarzy to czysta polityka nieodpowiedzialnego nacisku na rząd, a to sprzyja tym łotrom liberałom.

Rynek przy ul. Sportowej

Świdwin jest jedną z tych stacji, na których nikt nie chciałby się zatrzymać, chyba że trawi go gorączka wiedzy, a może potrzeba zwiedzania miasteczka o tak dziwnej nazwie. Dla tych, co włóczą się po Europie i mają dużo czasu, Świdwin oferuje niezwykłe atrakcje – przede wszystkim spotkanie „komfortowo” wyglądających ludzi związanych z rolnictwem, następnie dziwne stare tawerny, ze stołami pod niskimi oknami o blatach wytartych i poczerniałych od spracowanych ramion gości, dalej jedyną zachowaną bramą miejską, którą nazywają Kamienną (Steinthor) choć jak żywo, kamieni w niej na lekarstwo.

Schivelbein (Świdwin) to brzmi jak „krzywa noga”, ale może to być niemiecka wymowa jakiejś nazwy pomorskiej. Wśród jego mieszkańców nie zauważyłem ponad normę krzywych nóg lub przetrąconych kolan; może jacyś osadnicy germańscy – zakładając, że nie było tu niegdyś grodu słowiańskiego – tak nazywali miejsce swojego osiedlenia? Nazwę miasta znano już podczas wojny trzydziestoletniej. A był to czas pożogi, śmierci, cierpień i niszczenia miast, miasteczek, wiosek, osad, domów, gospodarstw i …zapisków z przeszłości. Kilka starych rodów niemieckich po tej okrutnej wojnie „zatraciło” pamięć o swoich korzeniach.

Samemu Świdwinowi daje się tylko 600 lat. Mówi się, że został założony w roku 1296; ale ma zamek, który datuje się dużo wcześniej.

Zamek jest siedzibą publicznych urzędów. Jego okrągła wieża z charakterystycznym szczytem, jest widoczna z oddali i przez swą urodę ożywia czworokątną, wysoką na 3 piętra bryłę budowli. […]. Urzędy miejskie, rodziny urzędników i innych oficjeli wzięły w posiadanie te starożytne koszary, dlatego często można było zobaczyć w oknach głowy dzieciaków i służby od strony wyłożonego kamieniami obszernego dziedzińca. Kury i gołębie przechadzają się wokoło. Z obu stron zamku kwiaty i przydomowe ogrody są troskliwie pielęgnowane. Fosy i inne atrybuty obronności prawie zniknęły, ale miejsce zachowało jeszcze, ślady militarnej gotowości, jakby chciało przypomnieć czas, kiedy chrześcijańscy Polacy i pogańscy Litwini byli w stanie przenikać tak daleko podczas swych dorocznych napadów odwetowych niszczących i palących dobrodziejstwa teutońskiej cywilizacji tamtych wczesnych lat.

Poza tą mizerną pozostałością starych murów obronnych i malowniczo położonym zamkiem, szlachetne miasto Świdwin posiada ceglaną świątynię, Kościół Mariacki, którego wieża wznosi się ponad niskimi dachami miasta. Jest to kościół z XIII wieku, z masywną kwadratową wieżą[…] Przód wieży jest złagodzony trzema, czterema i siedmioma otworami na licznych piętrach, jedno nad drugim; ale z nich tylko jeden na pierwszym piętrze i dwa na drugim są otwarte na wylot dzięki wąskim okienkom; reszta to okna fałszywe lub ślepe, które łagodzą surowość muru, ale nie pełnią żadnej roli w rozjaśnianiu wnętrza. W tych oknach mieszają się okrągłe i szpiczaste łuki, co przypomina kościół Ducha Świętego w Szczecinie, kościół o wiele większy, ale nie tak przyjemny w swych zarysach.