Nikomu złem za zło nie odpłacajcie. Wobec wszystkich ludzi troszczcie się o to, co jest dobre. Jeśli to możliwe, o ile to od was zależy, zachowujcie pokój ze wszystkimi ludźmi

(Rz 12,17-18).

Trzecim w powojennej historii miasta proboszczem mariackiej parafii został w 1958 roku ks. prałat mgr Eugeniusz Kłoskowski. Proboszcz mojego dzieciństwa i lat młodzieńczych. Wielki oryginał, nie ortodoks, otwarty na zmiany posoborowe w kościele. Potrafił załatwić sprawy trudne dzięki rozległym znajomościom. Bohater wielu zabawnych historii i anegdot. Drogę kapłańską miał bogatą.

Młody wikary ks. Eugeniusz Kłoskowski

Po 1949 roku, w okresie trudnym dla kościoła podejmuje działalność w ruchu księży wspierających ówczesną władzę. Prowadzi rozmowy, zawiera kompromisy. Pełni funkcję Wikariusza generalnego.1 Nie nam, żyjącym w zupełnie innych czasach, oceniać tę działalność.

Urodził się 10 lipca 1902 roku w Warszawie w rodzinie urzędnika kolei warszawsko-wileńskiej Aleksandra i Heleny ze Stypułkowskich. Ma trojkę rodzeństwa, Helenę i Marię oraz brata Stanisława. Pierwsze nauki pobiera w domu, później wraz z całą rodziną przenoszą się do Katerynosławia (dzisiaj Dniepr na Ukrainie). Kończy tam gimnazjum. Wracają do kraju, w rodzinne strony do pod zamojskiej miejscowości Sokoły. Ojciec zostaje ostatnim, przed wybuchem I wojny światowej, wójtem w Sokołach.

Młody Eugeniusz postanawia zostać księdzem. Wstępuje do Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie, później kontynuuje studia w seminarium łomżyńskim. Z seminarium zostaje skierowany na studia prawa kanonicznego na Wydziale Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (1922-1926). Święcenia kapłańskie otrzymuje 11 stycznia 1925 roku w katedrze łomżyńskiej. Pierwszą mszę św. prymicyjną odprawia w kościele akademickim. Wspominał nie bez satysfakcji, że jego turyferiaruszem („obsługujący” kadzielnicę) był młody, od roku kapłan Stefan Wyszyński. Poznali się i zaprzyjaźnili prawdopodobnie na Uczelni, niewykluczone, że wcześniej, bowiem późniejszy Prymas Polski przez trzy lata był uczniem siedmioklasowej szkoły handlowej w Łomży. W trakcie mszy prymicyjnej jego manuduktorem – kapłanem asystującym, wspomagającym młodego, często stremowanego neoprezbitera był jego dziekan Wydziału Prawa Kanonicznego o. prof. Gommar Michiels, Belg z zakonu kapucynów współzałożyciel Wydziału. Dla ks. Kloskowskiego było to dużym wyróżnieniem. 18 stycznia 1925 roku odprawia mszę prymicyjną w rodzinnej parafii Sokoły.

Zostaje skierowany na swoją pierwszą placówkę duszpasterską do Grajewa, uczy religii w miejscowym gimnazjum, opiekuje się Sodalicją Mariańską i Gimnazjalnym Klubem Sportowym. Za zgodą swojego biskupa rozpoczyna również studia prawa kanonicznego na Wydziale Teologicznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, które kończy z tytułem magistra. W 1926 roku kieruje prośbę do swojego biskupa o pozwolenie czytania „ksiąg zakazanych”, ponieważ było mu to potrzebne do studiów. Pozwolenie otrzymał na trzy lata.

Łączy studia z pracą duszpasterską. W latach 1927-1933 jest prefektem w gimnazjum żeńskim, szkole mierniczej oraz męskiego seminarium nauczycielskiego w Łomży.

Chór parafialny

Jego uczennica Anna Weronika Bielicka, po latach sławna aktorka, gwiazda kabaretów Hanka Bielicka, podczas występu w Świdwinie pozdrawiała ze sceny swojego ulubionego prefekta ks. Eugeniusza. Gdy była w pobliżu zawsze go odwiedzała. Pamiętam, bo wcześniej Proboszcz wysyłał nas ministrantów do sklepu po różnorakie słodkości. Lecieliśmy jak na skrzydłach. Ks. Prałat nie miał zwyczaju sprawdzać czy czegoś nie brakuje.

W latach 1933-1935 jest wikarym w Piekutach, a od 1936 roku w Myszyńcu, gdzie reaktywuje działalność zastępów Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej. W roku 1940 zostaje proboszczem parafii Nawiedzenia NMP w Ostrołęce, później pod pseudonimem „Tyborowski” pełni funkcję kapelana, w stopniu majora czasu wojny, w oddziale Narodowych Sił Zbrojnych. Bierze udział w powstaniu Warszawskim sprawuje opiekę duszpasterską nad szpitalem przy ul. Chmielnej. Po wojnie do 1948 roku proboszcz w Wiźnie.

W kolejnych placówkach duszpasterskich dal się poznać jako dobry organizator, katecheta i społecznik. Organizował koła młodzieży katolickiej, gospodyń wiejskich, zespoły przysposobienia rolniczego i kołka rolnicze. Propagował kulturę ludową Kurpiów.

Misje parafialne

W 1948 roku zostaje inkardynowany na Ziemie Zachodnie do Gościna (1948-1955) w ówczesnej diecezji gorzowskiej. Za jego kadencji parafia została erygowana w maju 1951 roku… Powiększa się o miejscowości, które dzisiaj są samodzielnymi parafiami. Uczy religii w gościńskim gimnazjum, remontuje kościoły filialne. Starzy parafianie opowiadają, że jego pasją były chorągwie i feretrony dla dorosłych i młodzieży. Odbywają się pierwsze misje, a parafia otrzymuje pierwszego wikarego ks. Bolesława Dratwę.

Z Gościna przechodzi do Myśliborza (1955-1958). Na początku stycznia 1955 roku zostaje wikariuszem generalnym1 ordynariatu gorzowskiego, pozostając nadal myśliborskim proboszczem. Bierze udział w pracach tzw. księży postępowych, staje się rzecznikiem interesów lokalnego Kościoła. Władze nie do końca mu ufają. Kierownik koszalińskiego Urzędu ds. Wyznań nazwie go „starym szpiegiem kurialnym”. Jak trudny i skomplikowany był to okres w życiu Kościoła i ks. Eugeniusza przekonałem się czytając sporo o tych latach w licznych opracowaniach. W 1958 roku odchodzi z funkcji wikariusza generalnego i obejmuje parafię w Świdwinie.

Księdza Prałata – tak mówiono i zwracano się do niego, zapamiętałem najlepiej z trzech pierwszych włodarzy świdwińskiej parafii. Byłem nastolatkiem, gdy przybył i mężczyzną po wojsku, gdy zmarł. Przez większość tego czasu byłem ministrantem.

Nie był zbyt porywającym oratorem, kaznodzieją, ale w kontaktach prywatnych zajmującym i dowcipnym, a czasami ciętym i sarkastycznym rozmówcą. Szybko przełamywał bariery i skracał dystans.

Procesja Bożego Ciała: Na pierwszym planie poduszkę niesie Maria Jurkiewicz, wstążki trzymają Ula i Basia Maj.

Kiedyś przyjechałem z wojska na przepustkę. Rodziców nie zastałem, klucza od domu nie miałem. Na „budzie”, czyli u dróżnika przy przejeździe kolejowym (mieszkaliśmy wówczas w domku przy torach) dowiedziałem się, że poszli na imieniny do Prałata. Pomaszerowałem na plebanię, zadzwoniłem, otworzył mi Prałat. Przybiłem do dacha: „Niech będzie Pochwalony” i złożyłem życzenia, które we łbie układałem przez całą drogę. Zaprosił mnie do kancelarii i u progu powiedział: „Nie wypada by żołnierze, tacy jak my, pili wino z damami”. Otworzył barek i wyciągnął butelczynę godnego trunku i po kuśtyczku wypiliśmy. Rozmawialiśmy o żołnierskiej służbie i moich planach na przyszłość. Później, już pracując, gdy z finansami było krucho, a do nowej wypłaty, ho, ho … i jeszcze dalej, kamraci namawiali: „Wskocz do Prałata, on ciebie zna i jakiś drobny grosz pożyczy”. Nie mogłem oczywiście powiedzieć, że potrzebuję forsy na biesiadowanie z kolegami w Słowiańskiej. Wymyślałem różne historyjki, proboszcz udawał, że w nie wierzy, zawsze pożyczał, oddawałem w terminie, ale spowiedników wybierałem innych…

Widok kancelarii parafialnej to odrębny temat. Panował olbrzymi rozgardiasz. Dokumenty i teczki na stole, szafkach, krzesłach, podłodze, parapetach. Ale potrzebny dokument zawsze był … na miejscu…

Podczas jednej z wizyt u rodziców podarował nam Pismo Święte z wypisaną charakterystycznym „ostrym” pismem dedykacją. Mam je do dzisiaj.

Z moimi rodzicami

Brat Michał w swoich wspomnieniach o ks. Eugeniuszu napisał:

Był dla mnie przyjazny i serdeczny, wyczuwałem pewien szacunek i uznanie i zaufanie. Pozwalał mi jako młodemu księdzu prowadzić katechezy.

Po objęciu parafii złożył kurtuazyjną wizytę ówczesnym miejscowym włodarzom. Gdy wkroczył do sekretariatu, któryś z ważniejszych urzędników burknął pod nosem: „Co tu robi ten czarny kruk?”. Riposta Prałata była błyskawiczna: „Gdzie padlina to i kruk”. Innym razem wchodząc do gabinetu pewnego notabla, przywitał się słowami – no i przyszedł czarny do czerwonego. Miał szacunek dla munduru. Gdy brat Jurek z kolegą Heniem Paszukiem przyjechali na przepustkę z wojska w mundurach i jako starzy ministranci chcieli służyć do mszy św. (a były to czasy, kiedy nawet na przepustce trzeba było chodzić w mundurze), nadgorliwy wikary kazał im zdjąć komże, bo są w mundurach. Miał pecha, bo wszedł do zakrystii prałat i wikary szybko zmienił zdanie.

Dyskretnie, niby mimochodem chwalił się swoimi znajomościami na najwyższych szczeblach władzy. Początkowo mu niedowierzałem, że ma takie koneksje. Ale kiedy załatwił mi paszport na rzymskie studia przez swojego kolegę Stanisława Podedwornego wiceprzewodniczącego Rady Państwa – to uwierzyłem.

Kiedy po latach wróciłem do Polski, ks. Kłoskowski z wyrzutem powiedział, że Podedworny miał żal, że z Włoch nawet kartki mu nie wysłałem. Swój błąd naprawiłem. Podczas najbliższego pobytu w stolicy dostałem się do przewodniczącego i osobiście mu podziękowałem.

Jako młody ksiądz byłem świadkiem rozmowy prałata z ważnym lokalnym urzędnikiem od oświaty. Przyjął nas bardzo sucho, oficjalnie i niezbyt sympatycznie. W pewnej chwili ks. Kłoskowski dostrzegł kręcącego się chłopczyka, pogłaskał go i powiedział, że jest bardzo podobny do syna… i tu wymienił jakieś ważne rządowe nazwisko. Następne spotkanie przebiegało w odmiennej, bardzo przychylnej atmosferze. Widocznie urzędnik swoimi kanałami sprawdził, czy są możliwe takie znajomości nowego proboszcza. Takie były metody załatwiania spraw ważnych dla parafii przez ks. prałata Kłoskowskiego.

Po powrocie z Rzymu, przejęty Soborem i dozwolonymi zmianami w liturgii starałem się je wprowadzać. Podczas pobytu w Świdwinie jako pierwszy odprawiałem mszę św. w ojczystym języku i twarzą do wiernych.

Pobożni parafianie pytali prałata, dlaczego ksiądz odprawia po łacinie a ks. Michał po polsku. Ksiądz Kłoskowski załatwił problem krótko w swoim stylu. Ogłosił na kazaniu, ze ks. Czajkowski ma specjalne zezwolenie od Ojca św. Jana XXIII. Była to oczywiście konfabulacja, ale prałat miał spokój. Mógł jeszcze trwać w starej przedpoborowej liturgii a ja w tej nowej, przywiezionej z Soboru Watykańskiego II.

Z wikarych za kadencji ks. Eugeniusza pamiętam ks. Kazimierza Trelkę – grał z nami ministrantami w palanta na boisku szkoły ćwiczeń (dzisiaj teren MOPPS), prowadził pogrzeb hrabiny Wolmer de Polenta, ks. Engelberta Białasa, ks. Mariana Dziemiankę – dalekiego krewnego mojej żony. Był też ks. Marian Klekot.

Rada Parafialna

Ks. Marian Klekot był opiekunem ministrantów. Bardzo rygorystyczny i dlatego pewnie staraliśmy mu się jakoś dokuczyć. Ukryci za płotem lub drzewem „klekotaliśmy” gdy przechodził. Niestety raz mnie dorwał, koledzy zdążyli prysnąć. Tłumaczyłem się, że to nie ja, tylko bocian na kościele (było wówczas gniazdo). Wpadłem jak śliwka w kompot, bo to był październik, a bociany w ciepłych krajach. Zostałem zdymisjonowany, na szczęście ks. Marian niedługo awansował, a mnie przywrócono do służby.

W 1971 roku ks. Prałat z uwagi na stan zdrowia przechodzi w stan spoczynku, zostaje rezydentem na parafii. Zmarł w koszalińskim szpitalu 4 lutego 1972 roku. Został pochowany w swojej rodzinnej miejscowości, na cmentarzu parafialnym w Sokołach.

Grób ks. Kłoskowskiego w rodzinnych Sokołach

Ks. prałat Eugeniusz Kłoskowski ma trwałe miejsce nie tylko historii mariackiej parafii, ale i miasta, w pierwszym okresie kształtowania się jego polskiej tożsamości. Zachowam go na zawsze w swojej pamięci.