Elsa Peters (Scheuermann)

Chciałabym zapomnieć i wymazać z pamięci wszystko, co przypomina mi moją niemiecką ojczyznę.

Moje smutne i nieszczęśliwe wspomnienia nie pochodzą tylko z czasów Hitlera, bowiem jako uczennica byłam często narażona na bardzo dokuczliwe zaczepki i wybryki antysemickie.

Mój nieżyjący już mąż dr Zygfryd Scheuermann otrzymał pierwszą w życiu posadę rabina w Świdwinie, po tym jak po ukończeniu Uniwersytetu Berlińskiego uzyskał profesurę rabinacką w Wyższej Szkole Judaizmu.

Świdwińska synagoga

Pierwszym widokiem, jakim przywitało nas miasto był baner rozciągnięty nad główną ulicą z napisem:

„Żydzi – dzisiaj idziecie ulicą, jutro znajdziecie się pod ulicą”.

Nie mieliśmy żadnego kontaktu z nieżydowskimi mieszkańcami miasta. Było ciężko dostać pomoc domową do żydowskiego domu. Świdwin w tamtym czasie miał niewielką gminę żydowską. (ok. 60 osób, dop. Z.Cz.)

Nasza praca polegała głównie na ułatwianiu członkom gminy jak najszybszej emigracji.

Jest wiele pocztówek przedwojennego Świdwina. Ale tylko na tej jednej jest widok synagogi

Nasze małe mieszkanie znajdowało się nad sklepem spożywczym i było opanowane przez robactwo. Po w miarę komfortowym życiu we Berlinie, trudno było przyzwyczaić się do tych prymitywnych warunków.

Zostaliśmy w Świdwinie około roku i wyjechaliśmy do Fryburga Bryzgowijskiego. Tam, podczas kryształowej nocy, mąż razem z przewodniczącym zgromadzenia przedstawicielskiego, kantorem i innymi żydowskimi mężczyznami został zatrzymany i zesłany do obozu koncentracyjnego w Dachau. Starałam się o jego uwolnienie. Udało mi się załatwić jego zwolnienie za pośrednictwem szwajcarskiego rabinatu, pod warunkiem, że w ciągu dziesięciu dni opuści Niemcy. Przekroczyliśmy granicę 27 grudnia 1938 roku zaraz po tym jak otrzymaliśmy od kuzyna affidavit (zaprzysiężone pisemne zaproszenie, dop. Z.Cz.) do Nowego Yorku.

Na granicy naziści zabrali nam wszystkie dokumenty. To nie była trudna decyzja by opuścić kraj nazistów, upokorzeń i prześladowań, kraj, który ma na sumieniu prawie wszystkich naszych krewnych.

W pierwszych latach naszego pobytu w USA mąż sprzedawał jako domokrążca żarówki, ja trudniłam się krawiectwem. Potem otrzymał posadę rabina w Salisbury i Maryland, gdzie mieszkaliśmy podczas wojny. Podczas ostatnich dziesięciu lat życia był wykładowcą na trzech uniwersytetach w Cleveland i Ohio.

Traumatyczne cierpienia i przeżycia, śmierć bliskich odbiła się na jego zdrowiu. Odszedł w wieku 47 lat.


Leia Goldschmidt

Jesteśmy ostatnim pokoleniem świadków tragicznych losów Żydów w hitlerowskich Niemczech. Pochodzę ze Świdwina na Pomorzu Zachodnim, z miasta rodzinnego prof. Rudolfa Virchowa. Opuściłam Świdwin w 1935 roku, a w 1937 wyemigrowałam z Niemiec do Palestyny.

Rodzina mojej matki nazywała się Jacobus. Jeden z jej przodków Jakub Lanschuetz, ostatni uczeń rabbiego Akiby Egera, był żydowskim nauczycielem w Maerkich-Friedland. Jego syn Eph, urodzony w roku 1794, udał się do Świdwina, gdzie już istniała mała gmina żydowska i nazywał się Jacobus. Był dziadkiem mojego dziadka Ephraima Jacobusa., któremu w roku 1935 pękło serce w obliczu nazistowskiego terroru. Jego synowie uciekli przed nazistami do Australii, a córka przeniosła się z rodziną do Berlina. Firmę założoną przez dziadka w 1849 roku, w której wyrabiano sławne „Bismarckbitter”, wystawiono na sprzedaż. Po jego śmierci rabin Karol Richter sporządził mu wzruszający nekrolog.

Mój ojciec należał do od dawna osiadłej w Świdwinie rodziny Mendel. Przez pokolenia zajmowała się ona handlem zbożem. Brat ojca był właścicielem szczecińskiej firmy zbożowej eksportowej i importowej Levy und Kompanie. Był inwalidą pierwszej wojny światowej i wierzył, że z tego powodu nie można mu wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy. Jego żona była dawną chrześcijanką nawróconą na judaizm; poszła z nim, gdy w lutym 1940 roku deportowano szczecińskich Żydów. Otrzymaliśmy jeszcze od nich wołanie o pomoc z getta, a potem nie dowiedzieliśmy się nic o ich dalszym losie.

W Świdwinie uczęszczałam do szkoły, a w roku 1935 przeniosłam się z rodzicami do Berlina. W roku 1937 opuściliśmy Niemcy i udaliśmy się do Palestyny. Nawet dzisiaj nic mnie nie ciągnie do odwiedzenia Niemiec. Jedynie w 1981 roku byliśmy na grobach rodziny mojego męża w Niemczech. Wszyscy jego krewni zostali deportowani. On jeden przeżył. Grobów mojej rodziny na Pomorzu Zachodnim nie mogłam odwiedzić. Świdwiński cmentarz już nie istnieje (na szczęście, nie w pełni, ale istnieje, dop.Z.Cz.).

Tutaj w Izraelu wiele przeżyliśmy, ale wraz z naszymi dziećmi i wnukami jesteśmy już tu zakorzenieni i żyjemy w teraźniejszości dla przyszłości, która- jak ufamy-przyniesie tak długo i serdecznie wyczekiwany pokój. Odkąd żyjemy w Izraelu, nigdy nie było tu spokojnie. To się odbija na nas wszystkich.