Jest to spisana przez panią Andreę Schridde opowieść świdwińskiej żydówki Eriki Herzfeld o swoim dorastaniu i późniejszych losach. Miała dużo szczęścia – przeżyła holokaust.
 
Urodziła się w maju 1921 roku w Świdwinie. Ojciec dzierżawił duży sklep, matka dentystka zrezygnowała z praktyki i w firmie ojca prowadziła dział rękodzieła. Wprowadzone utrudnienia i bojkot żydowskich firm spowodował bankructwo. Aby utrzymać rodzinę pracuje jako przedstawiciel działu maszyn do pisania, papieru i olejów. W roku 1934 przenoszą się do Berlina, tam Erika zdaje maturę w nowo otwartym żydowskim liceum. W lipcu 1939 roku emigruje do Wielkiej Brytanii, pracuje jako pomoc domowa. W 1940 roku w związku z sytuacją na froncie jako obywatelka Niemiec zostaje internowana na wyspie Man. Po zakończeniu działań wojennych pracuje w żydowskim komitecie do spraw uchodźców w Londynie.
 
W 1947 roku wraca do Berlina, kończy historię i anglistykę na Uniwersytecie Humbolta. Pracuje naukowo, pisze artykuły i książki historii Pomorza, broni pracę doktorską, zostaje zastępcą dyrektora Muzeum Historii Niemiec w Berlinie. Jej dwie najbardziej znane prace to: „Żydzi w Brandenburgii i Prusach” oraz „Pruskie manufaktury”.
 
Pomimo upokorzeń i nieszczęść, jakich zaznała ona i jej rodzina od niemieckiej ojczyzny, swoją opowieść kończy: „… nigdy nie stawiałam na równi narodu niemieckiego i nazistów”. A dla bardzo wielu naszych rodaków i współbraci w wierze każdy Żyd to gudłaj, parch i komuch, a każdy Ukrainiec to rezun, chochoł, banderowiec. Tylko my jesteśmy nieskalaną żadną niegodziwością nacja.
 
Zbigniew Czajkowski

Schivelbein na Pomorzu to miasto mego urodzenia. Ojciec pochodził z prowincji Poznań i tam odziedziczył po swym ojcu manufakturę towarów rękodzielniczych. Musiał ją zostawić. Zdemobilizowany w 1918 roku opuścił Wielkopolskę, którą przyłączono do Rzeczpospolitej. Czuł się Niemcem i chciał żyć w Niemczech. Przeniósł się na Pomorze Zachodnie, ponieważ jego narzeczona, moja matka pochodziła z osiadłej tam od wieków żydowskiej rodziny. Moi przodkowie są tam udokumentowani po czasy wojny trzydziestoletniej, a mój pradziadek na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku zajmował nawet stanowisko komendanta ochotniczej straży pożarnej w Kołobrzegu, co świadczyło z jednej strony o uznaniu, jakim się cieszył, a z drugiej o liberalizmie tego pomorskiego miasta portowego, takie bowiem stanowisko dla żydowskiego współobywatela było w Rzeszy zupełną rzadkością, mimo równouprawnienia Żydów i ich emancypacji.

Franciszek i starsi bracia w wierze

Mój ojciec wziął w dzierżawę zakład handlowy w Świdwinie. W tym mieście przeżyłam piękne, spokojne dzieciństwo, póki nie poszłam do szkoły. Od razu jednego z pierwszych dni szkolnych w drodze powrotnej do domu zaczepiło mnie dwóch chłopaków, którzy nie pozwolili mi iść dalej i krzyczeli: „Hepp, hepp, Żydzi wynocha do Palestyny, hepp, hepp!” itp. Byłam całkowicie zaskoczona, z trudem wyrwałam się im i pobiegłam do mojej matki. „Mamo, kto to jest – Żyd”? To pytanie konkursowe, na które także dzisiaj trudno odpowiedzieć, musiało być wytłumaczone dziecku poniżej szóstego roku życia. „Wiesz, my żydzi chodzimy do synagogi, a chrześcijanie do kościoła”. To mi nic nie wyjaśniło, mieliśmy bowiem wielu przyjaciół chrześcijan i z okazji ślubów czy chrztów ja także odwiedzałam świdwiński kościół.

Tymczasem mój ojciec musiał walczyć z wielkimi trudnościami handlowymi. W Świdwinie opanowanym przez niemiecką partię narodową wszystkim urzędnikom zabroniono kupować u Żyda. Wielka część pozostałego mieszczaństwa przyłączyła się do bojkotu. Podczas gdy cztery żydowskie sklepy walczyły o przetrwanie, tzw. chrześcijańskie przedsiębiorstwo mogło poszerzyć swoją działalność i otworzyć drugi sklep. „Schivelbeiner Zeitung”, który był czytany w całym powiecie i docierał także do ludności wiejskiej, w połowie lat dwudziestych odmawiał Żydom ogłaszać się w nim.

Ja także miałam swoje trudności. Mój nauczyciel pan Probst, o którym dowiedziałam się potem, że był założycielem lokalnej komórki NSDAP w Świdwinie, tyranizował mnie. Nigdy nie zapomnę pewnego wydarzenia, które z pewnością miało związek z polityką… My dzieci mieliśmy napisać wypracowanie o powstaniu Świdwina jako miasta niemieckiego, a niebawem znaczącej warowni Zakonu Rycerskiego NMP Domu Niemieckiego. Najlepsze wypracowanie miało być wysłane „niemieckim dzieciom w Baltikum”. Moje wypracowanie okazało się najlepsze, ale nie zostało wysłane, bo ja przecież nie byłam niemiecka. Zaprotestowałam. Nie pomogło. Dwie koleżanki z klasy, Agnieszka i Ela, popierały mnie. Były to dziewczęta ze środowiska robotniczego, należały do „Czerwonych Sokołów”, organizacji dziecięcej SPD. To było moje pierwsze spotkanie z zorganizowaną niemiecką klasą robotniczą.

W roku 1930, w związku ze światowym kryzysem gospodarczym, wysoką dzierżawą za sklep i wspomnianymi szykanami, na które mój ojciec był narażony jako Niemiec pochodzenia żydowskiego, musiał ogłosić upadłość. Porady prawnej udzielał mu jeden z kuzynów mojej matki, Bruno Moses, adwokat ze Stargardu…

Bojkot, pierwsze aresztowania Żydów, którzy zresztą wkrótce szybko wrócili z obozów koncentracyjnych, przekonały moich rodziców, że trzeba mi nakazać ostrożność. Już więcej nie powinnam bronić się słowami i pięściami przeciw chamskim zaczepkom, aby nie zaszkodzić memu ojcu. W szkole to przede wszystkim dwie moje młodsze siostry były mocno nastraszone. W przeciwieństwie do mnie miały one w szkole podstawowej bardzo otwartą i sympatyczną nauczycielkę, tak iż nieustanne akty nienawiści mniej je dotykały. Kiedy mój ojciec, na skutek donosu naszej gospodyni domu, która chciała zagarnąć nasze mieszkanie, dostał wezwanie do SA, był to sygnał dla moich rodziców, że trzeba opuścić Świdwin, miasto, w którym nie mógł już pracować, i my, dzieci, nie mogliśmy się więcej cieszyć naszym życiem. Wyjechaliśmy do Berlina, aby skryć się w anonimowości wielkiego miasta. Chodziłyśmy do żydowskich szkół, które prowadziły nauczanie zgodnie z państwowym planem i były szczególnie dobre, ponieważ mogły wybierać z mnóstwa świetnych nauczycieli żydowskich wyrzuconych ze służby państwowej. Do dzisiaj jestem dumna, że byłam uczennicą szkoły średniej przy wielkiej Hamburger Strasse i że z tej szkoły zostałam później skierowana – w dowód uznania – do nowopowstałego liceum Gminy Żydowskiej, w którym w roku 1939 zdałam maturę.

Także w Berlinie mój ojciec nie dostał już pracy. Pobierał zapomogę dla bezrobotnych. Moja matka zarabiała kilka groszy jako sprzątaczka. Odtąd nasza rodzina – pięć osób – musiała mieszkać w jednym pokoju. Udzielałam korepetycji i uczyłam języków. W czerwcu roku 1938 na nowo zaczęły się systematyczne aresztowania Żydów.

Jako powód wystarczyło, że było się kiedyś zatrzymanym, albo że przeszło się żle przez ulicę. Żydzi z polskim paszportem zostali deportowani podczas nocnej akcji, wśród nich także dobrzy przyjaciele mojej rodziny i koleżanki szkolne.

10 listopada 1938 roku odezwał się bardzo wcześnie dzwonek u drzwi i nasza właścicielka sklepu spożywczego przyniosła osobiście mleko i bułeczki. Ostrzegła moją zaskoczoną matkę, która otworzyła jej drzwi, żeby nie posłała dzieci i męża do szkoły i do pracy. „W całym Berlinie płoną synagogi”. Uwierzyliśmy jej, przecież jej syn służył w SS. Wówczas mieszkaliśmy w altanie ogrodowej naprzeciwko wielkiej, wspaniałej synagogi przy Fasanenstrasse. Byliśmy przerażeni, ale nie zaskoczeni. Za wiele już przeżyliśmy. Pobiegłam do mojej babci, która mieszkała piętro niżej i miała telefon i ostrzegłam moje koleżanki szkolne. Około godziny dziewiątej odezwał się telefon – ze Świdwina. U nas mieszkała córka naszego byłego lekarza domowego, która jako Żydówka nie mogła uczęszczać do liceum ani żadnej innej szkoły w Świdwinie Teraz dzwoniła jej matka całkowicie wytrącona z równowagi. Jej ojciec był pędzony przez cały Świdwin, wyszydzany, obrzucany nieczystościami i w końcu wywieziony. Mój ojciec powinien znaleźć jakiegoś zaprzyjaźnionego adwokata, aby powziął kroki prawne dla uwolnienia dr. Meyersohna. To tylko dla ilustracji ciągłej jeszcze naiwności w ocenianiu nazistów, których straszliwą politykę zagłady – mimo płonących synagog – nikt nie mógł sobie wyobrazić.

Świdwińska synagoga

Mój ojciec był jeszcze u mojej babci. Odezwał się dzwonek u drzwi naszego mieszkania. Moja matka ujrzała przez judasza w drzwiach klatkę schodową pełną mężczyzn. Rozsądnie otworzyła natychmiast szeroko drzwi, co wyraźnie zbiło z tropu mężczyzn i prawdopodobnie pozbawiło „atrakcji” brutalnego wtargnięcia przez wyważone drzwi. „Gdzie jest Żyd Herzfeld?”. „Jeśli panowie mają na myśli mego męża, nie ma go tutaj”. „Trzech panów do środka, wszyscy inni pozostać na zewnątrz!” Przywódca tego „spontanicznego gniewu ludu” po przeszukaniu mieszkania i nie znalezieniu żadnego mężczyzny, warknął: „Jak Herzfeld powróci, ma natychmiast zameldować się na policji! Jeśli nie, to my powrócimy”. Ukryliśmy mojego ojca u sąsiadki, która zaofiarowała się przechować go do godz. 19.00. Wtedy bowiem wracał jej syn, SA-Mann. Przyszedł inny sąsiad i pokazał mojemu ojcu drogę ucieczki przez dach. Następnego dnia zaprowadziłam go do niezamieszkałego gospodarstwa, co wtedy jeszcze oznaczało bezpieczeństwo.

Pogrom przeorał moją świadomość… Zmieniło się moje patrzenie na świat. Zniknęły niemiecko nacjonalistyczne propruskie resztki mojej świdwińskiej edukacji. Szukałam możliwości przyłączenia się do ruchu robotniczego. Poza tym zrozumiałam, że muszę pomóc moim rodzicom i siostrom w opuszczeniu kraju. Nie było to łatwe, przecież kraje docelowe przyjmowały tylko takich ludzi, o których utrzymanie nie muszą się troszczyć. To oznaczało posiadanie bogatych poręczycieli. Ale nie wszędzie to działało. Stany Zjednoczone miały system kwotowy, skutkiem czego emigranci z europejskiego Wschodu nie mieli szans. Mój ojciec pochodził z byłej prowincji Poznań. Własnych pieniędzy nie mieliśmy do dyspozycji, a zresztą – zgodnie z nazistowskim prawem finansowym – i tak nie moglibyśmy wywieźć ich za granicę.

Pamiątkowa tablica w Yad Vashem, wymieniony jest również Świdwin i Połczyn Zdrój.

Pozostawał więc tylko młody wiek i zawód, na którego było zapotrzebowanie. To byli przede wszystkim rzemieślnicy, których było jednak niewielu, zważywszy na szczególne okoliczności ponad tysiącletniej żydowskiej historii. Ja miałam szansę wyjechać do Wielkiej Brytanii jako służąca, To była trudna decyzja. Po pierwsze czułam się Niemką i mimo wszystkich straszliwych przeżyć nie chciałam opuszczać mojej ojczyzny. Następnie jako rodzina nie chcieliśmy się rozłączać. Przeważyło jednak zrozumienie konieczności emigracji dla ratowania naszej rodziny. Gdyby wojna wybuchła tydzień później, mogłyby moje siostrzyczki dotrzeć jeszcze do Anglii i w trójkę mogłybyśmy zapewnić utrzymanie naszym rodzicom.

W maju roku 1940 zostałam internowana (w Wielkiej Brytanii!) jako ”wroga cudzoziemka”. Podczas mego internowania mogłam jako „niemiecki jeniec wojenny” przez Czerwony Krzyż wymieniać z moimi rodzicami krótkie wiadomości. I tak dowiedziałam się, że w listopadzie 1941 zostali oni deportowani do Łodzi. Moi rodzice i małe siostry albo zmarli tam na tyfus albo zmarli z głodu albo zostali zastrzeleni… Moja babcia w styczniu 1942 w otwartym wagonie bydlęcym została skierowana do Rygi. W drodze zamarzła. Mimo to nigdy nie stawiałem na równi narodu niemieckiego i nazistów.