W sierpniu 1897 roku reporter The New York Times odwiedził nasze miasto i w artykule ŚWIDWIŃSKI DZIEŃ TARGOWY opisał swoje wrażenia. Z reportażu wyłania się niezbyt korzystny obraz miasta, jako małej, zapyziałej prowincjonalnej mieściny. A przecież w tym czasie miasto miało już połączenia kolejowe z Białogardem, Koszalinem i Połczynem. Urzędowały władze samorządowe, sąd, banki, poczta. Działalność prowadziły różne organizacje i związki: kupieckie, rzemieślnicze, kombatanckie. Aktywnie działały towarzystwa, między innymi: upiększania miasta, ornitologiczne, sportowe, gimnastyczne. W mieście był szpital powiatowy, a gmina żydowska wybudowała nową synagogę.

Tematem reportażu jest „dziwne, pomorskie miasto gdzie wszyscy są szczęśliwi” (z podtytułu publikacji), ale zanim o nim, kilka moich wspomnień związanych z targami i rynkiem.

Jako sztubak chłonąłem ich niepowtarzalną aurę i charakterystyczny zapach wsi, którego dziś i na niej trudno uświadczyć. Obserwowałem handlarzy końmi, zawzięcie gestykulujących i głośno wykrzykujących, jak na giełdzie, kolejną cenę rumaka. Na wozach prosiaki, kury i inne stworzenia. Ryk, kwik i parskanie koni oraz handlarz głośno zachwalający cudowny lek na odciski, i jego słoik pełen tajemniczych płatków przypominających dzisiejsze chipsy. Na straganach tusze świńskie, od ręki porcjowane przez rzeźników w upapranych krwią fartuchach. Gospodynie handlujące kurami, kaczkami, gęsiami, a kto miał szczęście mógł kupić gotowy już na rosół i pieczeń drób bez piór i wnętrzności. Była śmietana jakiej dziś nie uświadczysz, sery trójkątne w lnianych „ubrankach” i duże osełki masła owinięte w liść chrzanu. Nie brakowało też spryciarzy łupiących z kasy naiwnych grą w trzy karty.

Zmieniały się miejsca targowiska. Pierwsze na Rynku (plac Konstytucji 3 Maja), następne w miejscu bloku naprzeciwko Zamku, później przeniesione na ul. Sportową, tam gdzie dzisiejsze przedszkole.

Gwarnie było również na ul. Klasztornej, dzisiejszej Batalionów Chłopskich, gdzie znajdowały się liczne składy i magazyny z artykułami rolniczymi oraz punkty skupu z wagą towarową.

Później część furmanek przemieszczała się na placyk pomiędzy Nowomiejską a kościołem, aby mniej lub bardziej udane transakcje opić z musztardówek czystą zwykłą „ z czerwoną kartką”. Ci bardziej zasobni udawali się do pobliskiej Restauracji „Popularna” zwanej upiornie „Mordownią” na chwałę bywalców setnie zmordowanych po długich biesiadach w jej gościnnych progach. Ozdobą legendarnej gospody był specjalny stojak na baty furmańskie.

Mieszkałem wówczas w białym domku (dziś zielonym) na Szczecińskiej obok przejazdu kolejowego. Późnymi popołudniami obserwowałem powoli człapiące konie ciągnące furmanki w kierunku Przybysławia i Słonowic. Na wielu nie było widać woźniców, bowiem spali umęczeni na dnie furmanek, a konie same trafiały do swoich gospodarstw. Targi, odbywały się we wtorki (małe, nabiał, drób, itp.) oraz piątki ( większe, dodatkowo konie, prosiaki, itp.).

Przed laty, od nieżyjącej już świdwińskiej żydówki Pani Gizeli Meisner otrzymałem broszurkę wydaną w latach 40 ubiegłego wieku zatytułowaną: Świdwin, bramą Pojezierza Pomorskiego ( Schivelbein zur Eingangstor Pommerschen Seemplatte). Zachwala ona walory letniskowe i turystyczne miasta. Jest w niej miedzy innymi o parkach i miejscach wypoczynkowych, sporcie, historii …etc. Jest w niej również fragment poświęcony miejscowym kramom i targowiskom.

Doroczne kramy odbywały się zawsze w pierwszą środę listopada na Rynku i jego okolicach. Targi koni i wołów w drugi wtorek marca i maja, trzeci czwartek września i pierwszy wtorek listopada, zawsze przed południem przy dzisiejszej Podmiejskiej ( Kussenower Strasse). Targi prosiąt w każdą sobotę rano na „rynku prosiąt” przy Sportowej (Blucherstrasse). Tygodniowe targi w każdą środę i sobotę, przed południem na Rynku i „ maślanym rynku”. Najprawdopodobniej chodzi o teren pomiędzy ul. Nowomiejską i plebanią, w innych źródłach zwanym ”małym rynkiem”.