Jest służba liturgiczna w Kościele o której przecież wiemy, ją słyszymy, bez której nabożeństwo ma zupełnie inny niż powszechnie charakter, rzadko ją dostrzegamy, a najczęściej jej koryfeuszy zupełnie nie znamy. Są to organiści.

Przygotowując do Zwiastuna cykl tekstów o świdwińskich proboszczach, przeglądałem strony internetowe wielu parafii. Bywają różne – słabe i bogate w treści.

W większości jest historia parafii, są wymieniani kolejni proboszczowie, bardzo rzadko wikarzy, ale nie napotkałem nazwisk kolejnych organistów czy też kościelnych. A szkoda, bo też jest historia wspólnoty parafialnej, często jej trudnych, pionierskich lat powojennych.

W tekście chcę przypomnieć tych pierwszych, już nieżyjących organistów panów Henryka i Stefana Majów, Józefa Wołyńca oraz niedawno zmarłego, niezastąpionego i sympatycznego przyjaciela Henia Paszuka. Byli też inni, krótko, czasami kilka miesięcy jak pan Kukiełka po panu Wołyńcu.

Ale zanim o tych powojennych, chciałbym przypomnieć sylwetkę przedwojennego, ostatniego organisty w naszej pięknej farze, był nim Oskar Wilde, zbieżność imienia i nazwiska ze znanym irlandzkim poetą pewnie przypadkowa.

Oskar Wilde w dolnym rzędzie, po środku w jasnym garniturze

Był nie tylko organistą, ale też nauczycielem, kantorem i dyrygentem. Można by go nazwać „człowiek orkiestra”, bo poza obowiązkami organisty i kantora w mariackiej świątyni założył stowarzyszenie teatralno-muzyczne. Organizował w sali widowiskowej hotelu Monopol koncerty artystów krajowych i zagranicznych. Występowały między innymi Pomorski Teatr Związkowy, Kołobrzeski Teatr Miejski i okazyjnie Teatr Schillera z Berlina.

Był dyrygentem sięgającego tradycją do 1853 roku męskiego stowarzyszenia śpiewu „Zgoda” z czterdziestoma śpiewakami. Byli to świdwińscy handlowcy, przedsiębiorcy, rzemieślnicy, urzędnicy i nauczyciele. Prowadził również chór kościelny liczący siedemdziesięciu śpiewaków i śpiewaczek oraz dziecięcych śpiewaków.

Pierwszym powojennym organistą zostaje pan Henryk Maj. Fara zburzona, nabożeństwa odbywają się w kaplicy pometodystycznej przy ul. Bałtyckiej /dzisiaj ks. Popiełuszki/. Mieszka przy kaplicy. W budynku który później przejmą Siostry Służebnice NMP.

Organista Stefan Maj

W 1947 roku ściąga do Świdwina starszego brata Stefana, doświadczonego już organistę. Stefan urodził się w niewielkim Drwalewie koło Grójca. Profesję organistowską obaj „dziedziczą „po ojcu – również organiście. Stefan przez trzynaście lat gra w Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach. Tam poznaje przyszłą żonę Jadwigę. Po ślubie w 1945 roku przeprowadzają się do Jeruzalu koło Rawy Mazowieckiej, gra w miejscowym kościele.

W 1947 roku na zaproszenie Henryka przyjeżdżają do Świdwina. Henryk wyjeżdża do Słupska, gdzie zostaje pierwszym powojennym organistą w kościele Mariackim aż do śmierci w 1979 r.

Chór Moniuszko w Świdwinie – dyryguje Stefan Maj

Stefan, nie tylko gra, ale i prowadzi chóry: parafialny, oraz przy Domu Kultury chór „Moniuszko”. Organistą jest do 1950 roku. Później wraz z żoną prowadzą jedyną księgarnię w mieście na ul.3 Marca, potem jest kierownikiem kina ”Warszawa”. Z muzyki nie rezygnuje, prowadzi domu naukę gry na pianinie. Między innymi uczy sztuki organistowskiej Henia Paszuka. A pianino jest piękne, antyk bogato zdobiony z mosiężnymi kandelabrami, z początku ubiegłego wieku, jest w posiadaniu najmłodszej córki Kordowieckiej.

W 1950 organistą zostaje były żołnierz armii polskiej na Zachodzie Józef Wołyniec (1912-1975). Niewysoki, krępy z beretem noszonym na bakier. Tym beretem nieraz oberwałem, gdy podczas kalikowania1 przysnąłem i powietrze z organów zeszło. Mieszkał na Podgórnej. My ministranci kilku i kilkunastoletni mieliśmy sporego „pietra” przed nim. Co tu gadać, budził respekt. Wyznaczenie do służby kalikatora polegającej na pompowaniu miecha organów powietrzem, nie wzbudzało naszego entuzjazmu, było nudne i dość fizycznie wyczerpujące. A nabożeństwa w tradycyjnym łacińskim rycie były często długie no i można było oberwać beretem, gdy się zagapiło, powietrza w miechach zabrakło i organy milkły.

Organista Józef Wołyniec

Niewiele z biografii pana Wołyńca udało mi się ustalić. Urodził się 6 listopada 1912 roku w miejscowości Hermaniszki w powiecie Oszmiańskim nad rzeką Żyżną. W Wilnie kończy słynną Zawodową Szkołę Organistów im. Józefa Montwiłła. Wojnę spędza na Zachodzie, jest żołnierzem w armii Andersa, walczy pod Monte Casino i Tobrukiem. Otrzymuje wiele odznaczeń w tym: Gwiazdę Afryki, Gwiazdę Italii, Krzyż Walecznych i Krzyż Monte Cassino. Organistą w Mariackim jest przez 25 lat.

Organista Józef Wołyniec z rodziną i znajomymi

Po jego śmierci w listopada 1975 roku jego następcą zostaje Heniu Paszuk zmarły w czerwcu, o którym wspomnienie opublikowałem w numerze 6 tegorocznego Zwiastuna. Przypomnę tylko, że organistą został po śmierci poprzednika w 1975 roku. Heniu był ostatnim organistą, pionierem, który przeszedł do historii powojennego Świdwina.

Świdwińscy organiści grali i grają na organach po wojnie przywiezionych z kościoła w Krosinie, po licznych remontach służące do dzisiaj. Są znanej szczecińskiej firmy Grȕneberga z numerem kolejnym 231 z 1882 roku. Bezcenne organy z naszej fary spłonęły po zdobyciu miasta 4 marca 1945 r. Były tej samej firmy rok starsze i o wiele większe. Było to 231 dzieło tej firmy. Miały ponad 30.głosowy instrument / obecne 8. głosowy/. Porównywano je z tymi z katedry fromborskiej.

Do dzisiaj mam w pamięci urokliwe chorały gregoriańskie, grane przez organistę Józefa Wołyńca podczas porannych mszy świętych do których jako ministrant służyłem jeszcze przed rozpoczęciem lekcji. Wiele lat później wsłuchiwałem się w głos i muzykę „organisty uśmiechu” Henia Paszuka w Mariackim później u św. Michała.