Nasze miasto w swojej przedwojennej historii miało wiele tragicznych epizodów i wydarzeń. Przemarsze wojsk i wojny, pożary i nakładane kontrybucje rujnowały miasto. Jednak dzięki między innymi zaradności i pracowitości mieszkańców i władz odradzało się i rozwijało.

Orkiestra Zummacha, w środku Artur Zummach

XIX i XX – wieczny, jeszcze niemiecki, Świdwin nie był pustynią kulturalną. Miał instytucje i stowarzyszenia, z których kilka i dziś by się przydało.. Była drukarnia, księgarnia i redakcja Świdwińskiej Gazety Powiatowej. Działały liczne organizacje i stowarzyszenia: kulturalne, sportowe, rzemieślnicze i rolnicze. Z inicjatywy Towarzystwa Upiększania Miasta (a może by tak reaktywować?), założono między innymi Duży Park, w którym zbudowano w 1856 roku domek myśliwski ze strzelnicą i muszlą koncertową. Zostaje oddane do użytku kąpielisko miejskie nad jeziorem Bukowiec z restauracją i pomostami, którego świetność przetrwała tylko na starych fotografiach. Prężnie działają stowarzyszenia cyklistów i gimnastyków.

Artur Zummach na czele orkiestry

W swoim tekście o historii miasta w latach 1930-1945 Karl Eberhard Albinus pisze:

„O życie kulturalne w mieście; przede wszystkim o muzykę, troszczyli się od lat dwudziestych dwaj szczególnie zasłużeni ludzie: Arthur Zummach i Oskar Wilde. Pierwszy prowadził, jako miejski dyrygent, od roku 1892 założony przez jego ojca w roku 1878 miejski zespół instrumentalny z trzydziestoma do czterdziestu muzykami. Zespół Zummacha towarzyszył wszelkim świętom stowarzyszeniowym i ludowym; jego muzycy grali także w okolicznych wioskach z radosnych i żałobnych okazji. W sali hotelu Monopol odbywały się regularnie koncerty zespołu. W niedziele Świdwinianie ciągnęli do parku miejskiego, aby w wybudowanym w roku 1926 pawilonie muzycznym radować uszy grą zespołu; gdy w roku 1934 Arthur Zummach umarł, zastąpił go jego syn Martin jako kapelmistrz. W roku 1927 Oskar Wilde – nauczyciel, kantor i organista w kościele mariackim – założył stowarzyszenie teatralno-muzyczne.

W Świdwinie oprócz koncertów miejscowych artystów oklaskiwano i goszczono: Pomorski Teatr Związkowy, Kołobrzeski Teatr Miejski, a okazyjnie nawet Teatr Schillera z Berlina, który na scenie w sali hotelu Monopol prezentował swój repertuar od utworów klasycznych począwszy, a na farsach kończąc. Muzykę chóralną z koncertami wokalnymi i kościelnymi pielęgnowało utworzone w 1853 roku Męskie Towarzystwo Śpiewacze „Zgoda”, liczące około 40 śpiewaków, mieszany chór kościelny (około 70 osób) i chór dziecięcy, a wszystkie prowadzone przez kantora Wilde. Świdwińska Gazeta Powiatowa informowała regularnie o wszystkich wydarzeniach”.

Jeszcze w latach 60-tych usłyszałem od kogoś, że w budynku naprzeciwko przedwojennego starostwa (dzisiaj Domu Dziecka) była szkoła muzyczna. O fakcie tym zapominałem na lata.

Kiedy jednak trafiłem w na tekst Jana Herchenroedera „ Trzy pokolenia Zummachów jako miejskich dyrygentów orkiestry w Świdwinie” ( Drei Generationen Zummach als staedtische Musikdirektoren in Schivedlbein, Der Kreis Belgard,Celle 1989), postanowiłem do sprawy wrócić.

Szperając w starych księgach adresowych ustaliłem, że budynek nie był szkołą, a domem rodzinnym Zummachów. Niewykluczone że, muzycy uczyli w nim gry na instrumentach stąd ta obiegowa nazwa.

Dom Zummachów, po lewej widać ślady po werandzie

Pamiętam, że od strony Drawskiej, przed wejściem do budynku była oszklona weranda. Tu zrobiono rodzinne zdjęcie Zummachów (patrz fot.). Dzisiaj pozostał po niej wyblakły na murze zarys.

Ulica przy której mieszkali Zummachowie początkowo nazywała się Nowa, później Glasenappa, a po wojnie Wojska Polskiego.

Szkoda, ze jeden z ładniejszych budynków przy Wojska Polskiego 6 niszczeje na naszych oczach. Ato przecież jakaś cząstka historii miasta, w którym żyjemy.                


Śmierć Martina Zummacha w styczniu 1983 roku, ostatniego dyrygenta świdwińskiej orkiestry miejskiej w powiecie białogardzkim, przypomniała wielu krajanom radosne chwile, które przeżyli dzięki tej rodzinie muzyków W uzdrowiskach w Połczynie i w Kołobrzegu mówiono: „Dzisiaj gra zespół Zummachów. Musimy pójść na koncert”. Dla świdwinian był czymś zwyczajnym, że w letnie niedzielne popołudnia ich miejski zespół przygrywał, kiedy oni na osłoniętych skwerach, w ogrodach, czy w cieniu wysokich drzew parku delektują się kawą i ciastkami. Podczas wszelakich uroczystości stowarzyszeniowych i młodzieżowych zespół szedł na czele w paradach, a potem przygrywał do tańca. Muzycy Zummacha towarzyszyli mieszkańcom w ich smutkach i radościach nie tylko w mieście, ale i za jego opłotkami. Wielu z nas pamięta jak muzykanci Zummacha, w wigilię Bożego Narodzenia, zagrali z wieży kościelnej „Z nieba wysokiego zstępuję tutaj… Orkiestra koncertowała też na rzecz zimowej pomocy dla potrzebujących.

27 października 1934 roku w Dzienniku Pomorskim tak napisano o zmarłym Arturze Zummachu:

„W niedzielne popołudnie jeden z najsławniejszych mieszkańców naszego miasta, miejski dyrygent orkiestry Artur Zummach, po krótkim pobycie w szpitalu, w 62 roku życia odszedł do Boga. Szacunek i sympatia, którymi cieszył się Zmarły, pozwalają na tym miejscu krótko spojrzeć wstecz na nasz miejski zespół, który przez 56 lat istnienia dzięki pracy i wysiłkom artystycznym swoich szefów rozwinął się jako nie do przecenienia twórczy inspirator kultury”.

Wiosną roku 1878 kapelmistrz Juliusz Zummach, ojciec właśnie zmarłego Artura, przybył z Łobza do Świdwina i założył tutaj orkiestrę, która zaprezentowała się publiczności koncertem na Zielone Świątki tegoż roku. Jego syn Artur przyszedł na świat już w roku 1872 w Zempelburgu (Sępólno Krajeńskie, dop. ZCz.) na Pomorzu Zachodnim. Stopniowo młoda orkiestra zapuściła korzenie w Świdwinie i po trudnych początkach wspaniale się rozwinęła. Artur Zummach od wczesnego dzieciństwa był emocjonalnie związany z zespołem. Pod kierunkiem ojca poznał tajniki muzykowania, a potem doskonalił swoje umiejętności artystyczne i pedagogiczne w Konserwatorium Książęcym w Sondershausen (Turyngia ). Jego nauczycielami byli prof.,prof.: Schroeder, Ochs (kompozytor pieśni „Odfrunął ptaszek … ), wirtuoz Martin i wielce szanowany mistrz koncertowy Willi Burmester. Po rocznej praktyce w orkiestrze ojca wyjechał do Wismaru, bo stąd łatwiej mu było nawiązać kontakty zawodowe z orkiestrami w Hamburgu, Lubece i innych miastach. W 20 roku życia przejął po ojcu kierownictwo świdwińskiej orkiestry miejskiej. 42 lata prowadził orkiestrę wzorowo, na wysokim poziomie mimo trudnych czasów. Zyskał wielu przyjaciół w mieście i poza nim. Otrzymał pochwały i wyróżnienia od władz Szczecina i Koszalina. Na przełomie wieków gościnnie koncertował w Kołobrzegu i innych uzdrowiskach dyrygując miejscowymi orkiestrami. Po wielkiej wojnie na nowo zebrał muzyków, powiększył skład orkiestry i dodał jej nowego blasku. W 1932 roku z okazji jubileuszu 40 – lecia dyrygentury Artura Zummacha, jego i jego zespół obsypano pochwałami i wieloma odznaczeniami. Jubilat ten dzień jubileuszu spędził w szpitalu po udanej operacji. Liczni przyjaciele, a także wielbiciele jego kunsztu muzycznego odwiedzili go w tym dniu by wyrazić uznanie i życzyć szybkiego powrotu. Śmierć Artura okryła żałobą nie tylko najbliższą rodzinę, ale także wielu mieszkańców Świdwina. Syn Artura, Marcin, kontynuował dzieło swojego dziadka i ojca. Prowadził świdwińską orkiestrę według najlepszych standardów.. W styczniu 1986 roku, prawie 50 lat później, zmarł Marcin Zummach. Kar-Wilhelm Bornemann w wywiadzie opublikowanym na łamach „Dziennika Pomorskiego” z 5 lutego 1983 roku opowiedział o życiu i dziele tego trzeciego z dynastii muzyków. W 1976 roku w „Wiadomościach Lubeckich” opublikowano sylwetkę artystyczną Marcina. Był dyrygentem orkiestry w teatrze muzycznym Lubeki. ‚ … Jakiż miłośnik Teatru z jego operetkami i musicalami nie znał tego wysmukłego pana, który spieszy się do małego jazz-bandu i fortepianu na lewo od sceny? Energicznie skłania głowę i tym samym daje sygnał do rozpoczęcia uwertury jazzowej zespołowi Combo. Jego gesty były precyzyjne a uderzane klawisze fortepianu wydawały nieporównywalny dźwięk. Tak było przed 25 laty kiedy ówczesny dyrektor teatru, dr Krystian Martin związał Marcina ze sceną hanzeatyckiego miasta Lubeki. Przedtem Zummach studiował muzykę w Berlinie u prof. Rotha i w berlińskiej operze zdobywał pierwsze doświadczenia jako repetytor. Kiedy wybuchła wojna został zmobilizowany i po przeszkoleniu wysłany na front wschodni jako telegrafista w dywizji pancernej. Po klęsce cztery i pół roku przebywał w łagrach radzieckich. Traumę niewoli próbował skutecznie przezwyciężyć pracą w teatrze lubeckim.

Najpierw powierzono mu kierownictwo muzyczne przy wykonaniu „Henryka VIII”, potem otrzymał funkcję repetytora baletu i w końcu repetytora solo. Podczas choroby dyrygenta chóru musiał dłuższy czas zastępować go komisarycznie, dużo pracował także w Akademii Śpiewu. Już nie do policzenia są wykonania operetek, podczas których Martin Zummach stał przy pulpicie, współpracując z takimi muzykami jak Kurt Pscherer, Auerbach i Paweł Schuessler. Ostatnio to jemu zawdzięczamy, że musical „Aplaus”z Nadją Tiller dostał się na deski teatralne, on też kierował w zastępstwie Petersa muzyczną część „Lady in the Dark”. Pytany o swe hobby, odpowiedział bez zastanowienia: „Wszelki rodzaj muzyki”. To oczywiście dotyczy także musicalu i jazzu. Tutaj mamy do czynienia z rzadkim wypadkiem, że zawód staje się pasją – lub odwrotnie. Jego ulubionymi muzykami są jednak nie np. Duke Ellington, Gershwin czy Bernstein, lecz Mozart i Beethoven.

Rodzina Zummachów, w środku senior Artur, z tyłu następca Marcin

Wiadomo, ile emocji, resentymentów i intryg może być w teatrze. Wnoszą to wszystko do teatru ludzie tych trudnych zawodów, którzy działają za lub przed kulisami. Kiedy jednak spytać kogoś z tych zatrudnionych na którejś ze scen lubeckich czy Marcin Zummach ma jakichś wrogów lub zazdrośników, spotka się takie pytanie przeważnie ze śmiechem: „Z tym człowiekiem nie można się wcale pokłócić, do tego jest on zbyt uprzejmy – i zbyt prawy”. Pomijając jego wyjątkową muzykalność, którą każdy musi szanować, to owe cechy jego charakteru od 25 lat czynią z Marcina Zummacha kochanego kolegę w teatrze i dla publiczności znakomitego dyrygenta.