Zbigniew Czajkowski
Dzisiaj wspomnienia trzech ministrantów „w stanie spoczynku”. Pierwsze własne, bo miałem zaszczyt nim być i dwóch moich starszych konfratrów.

Ministrantem zostałem w końcu lat 50 za panowania ks. prob. Michała Polulaka, który przygotowywał mnie do pierwszej komunii św. i egzaminował z ministrantury, oczywiście tej łacińskiej.

W 1958 roku proboszczem zostaje ks. Eugeniusz Kłoskowski, kapelan AK i major WP. Postać nietuzinkowa, obiekt wielu anegdot i opowieści. Ministranturę opanowałem w stopniu delikatnie mówiąc prawie zadowalającym. Większe jej fragmenty i dzisiaj mogę recytować. Jedynie przy Confiteor w połowie miałem już czarną dziurę. Jak wielu ministrantów zaliczyłem twarde lądowanie ze stopni ołtarza z mszałem rzymskim, który sporo ważył. Przy ołtarzu była nas zawsze spora gromada nawet podczas październikowych nabożeństw różańcowych. Ale to nie z powodu gorliwości. W październiku zmierzch zapadał szybko i po różańcu nasz prezes Jurek Żychuła urządzał nam, wyposażonym w latarki, podchody po zalegających miasto gruzach. Przednia i niebezpieczna zabawa.

Pamiętam widowisko Misterium męki Pańskiej w okresie Wielkiego Postu. Postać Chrystusa odgrywał pan Stanisław Marko. Niósł ciężki duży krzyż od zakrystii do ołtarza. Biczującymi pachołkami byli starsi ministranci, w tym i mój brat Jurek. Pan Stanisław przez cały spektakl miał minę bardzo cierpiącego człowieka. Później okazało się, dlaczego. Po przedstawieniu ze złością krzyczał do Jurka: „Mówiłem Ci smarkaczu żebyś lał po krzyżu, ale nie moim”.

Do dzisiaj w wdzięcznej pamięci zachowałem organistę Józefa Wołyńca żołnierza armii polskiej na Zachodzie, zawsze z beretem noszonym po andersowsku, którym czasami nas lał po łbach, gdy przysnęliśmy przy kalkowaniu. Podobnie i pana kościelnego Konstantego Boradyna – surowego i nerwowego, ale o wielkiej dobroci człowieka. Pan Kostek miał zajęć wiele, oprócz zakrystiana był dzwonnikiem (jak miał dobry humor to pozwalał nam dzwonić), kopał również groby na cmentarzu.

Na koniec chciałbym się przyznać (o zgrozo), że co prawda Opatrzność ustrzegła mnie przed dziadkiem w Wehrmachcie, ale nie ustrzegła przed służeniem do mszy świętej byłemu żołnierzowi tej formacji. Był nim ksiądz wikary Leopold Donocik. Ślązak z dziada pradziada. Wcielony przymusowo do armii niemieckiej (starszy brat zdążył zbiec do armii Andersa). Początkowo wraz z krajanami „okupował” Francję. Wspominał, że tylko pili i jedli kradzione kury. W dniu imienin Fuhrera przesadzili z tą radością i spalili portret wodza. Jakoś uniknęli plutonu egzekucyjnego, ale zostali wysłani na pewną śmierć, na Front Wschodni. Miał szczęście. Dostał się do niewoli sowieckiej. Kiedy pytano jak do tej niewoli się dostał, odpowiadał: „Nie wiem, bo spałem”. Ma fart, został łaziebnym sowieckiego generała. Udaje mu się jakoś z tej niewoli wykaraskać i ląduje na wydziale teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, Później kontynuuje studia w gorzowskim seminarium. Zostaje księdzem. Księdzem niezwykłym. Dużej postury, z ciemnymi pofalowanymi włosami i pięknym donośnym głosem. Jego śpiewane Ewangelie do dzisiaj wspominają starsi parafianie. Ostatni raz zaśpiewał podczas mszy żałobnej w mariackim kościele, gdy przybył na pogrzeb mojego ojca w 1984 r. Wszyscy którzy go znali i pamiętali byli wzruszeni. Był niezwykle malowniczą postacią, z dużym, czasami sztubackim poczuciem humoru. U starszych parafianek miał przezwisko „ksiądz chuligan”, bo uwielbiał podjechać swoim motorem i głośno za plecami dodać gazu i zatrąbić. Później jako proboszcz sławoborski przyjaźnił się z moim starszym bratem Stanisławem. Latem wybierali się na Śląsk i w Bieszczady przedwojennym czeskim motocyklem z 1938 roku na twardej ramie. Zawsze nosił atrapę małej bombki wyposażonej w petardę. Uwielbiał ją upuszczać przy bardziej nobliwych paniach podczas tych wojaży. Kiedyś dwojgu ministrantom wymierzył po spowiedzi pokutę przy konfesjonale targając za uszy zza podpijanie wina mszalnego. Miał jeszcze jedną słabość – lubił dobrze zjeść. Wiem, bo do Sławoborza dowoziłem mu różne wiktuały. Zawsze się dzielił.

Po Sławoborzu (1957-1969) był kolejno proboszczem w Maszewie i Pszczewie. Ostatnią jego placówką była rezydentura przy cieszyńskim kościele św. Elżbiety, gdzie zmarł w Wigilię 1988 r. w wieku 65 lat. Został pochowany na cmentarzu w rodzinnym Cieszynie. Byłem przy jego grobie pod koniec lat 90. Kończąc, tak sobie myślę, że ks. Leopold u części dzisiejszych rodaków o nieskomplikowanym pojmowaniu historii miałby przechlapane. Ślązak, Wehrmacht, służba u generała Sowieckiego, brrr.


Antoni Cieśliński
Ministranci – kilkunastoletni chłopcy, młodzieńcy. Ubrani zazwyczaj w komże i krótką pelerynę, czasami w albę. Widzimy ich w każdym kościele katolickim przy ołtarzu. Nie sprawują Eucharystii, ale są jej świadkami, służą kapłanowi w jej sprawowaniu.

Możliwość służby przy ołtarzu to dla każdego ministranta wielki zaszczyt. Poczytywali sobie za wielki zaszczyt bycia ministrantem chłopcy w pierwszych powojennych latach w Świdwinie. Nic dziwnego, iż przy ołtarzu podczas każdego nabożeństwa była ich spora grupa.

Zaraz po wojnie, kiedy dotąd niemieckie miasto zaludniało się Polakami, służyli do mszy świętej najpierw w małym kościółku neogotyckim przy ul Świerczewskiego ( obecnie ks. Jerzego Popiełuszki ), a wkrótce , po odbudowie zniszczonego działaniami wojennymi, w kościele Mariackim pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy przy ul. Niedziałkowskiego.

Opiekowali się nimi kapłani – wikariusze, którymi byli ks. Rozwadowski i ks. Adolf Lipiec, kiedy pierwszym proboszczem i administratorem parafii był ks. Józef Kępka (1945 -1948). Najwięcej było ich w czasie probostwa ks. Michała Polulaka, gdy pieczę nad nimi sprawowali księża wikariusze; ks. Stanisław Kostka, potem po jego odejściu z parafii, ks. Leopold Donocik Otaczani byli opieką także ze strony sióstr zakonnych oraz zakrystianina Konstantego Boradyna (1910 -1982) i organisty Józefa Wołyńca (1912- 1975 ) – obaj zmarli i pochowani na starym świdwińskim cmentarzu.

Byli dziećmi pierwszych osiedleńców w powojennym Świdwinie. Charakteryzowali się barwną mozaiką zróżnicowaną pochodzeniem regionalno – społecznym. Nikt ich nie pytał o miejsce urodzenia, ale mowa ich świadczyła o pochodzeniu z warszawskiego, poznańskiego, rzeszowskiego bądź z Kresów Wschodnich : z Wileńszczyzny lub okolic Lwowa. Byli wśród nich tacy, którzy do Świdwina przybyli bezpośrednio z nieludzkiej ziemi – z Syberii.

Niekiedy podczas wspólnych zabaw na boisku szkolnym, na gruzowiskach, których pełno było w centrum miasta, jeden drugiego wyśmiewał z regionalnych naleciałości językowych. Wkrótce ich polszczyzna została zunifikowana.

Większość z nich, tu, w Świdwinie, przystępowało do pierwszej komunii św., która była równocześnie przepustką do wpisania się w poczet ministrantów.

Jednak nie od razu w pełni nimi byli. Najpierw trzeba było być kandydatem na ministranta ,czyli przejść okres aspirantury. Do braci ministranckiej dochodzili dopiero po dobrym opanowaniu ministrantury- zbioru liturgicznych odpowiedzi ministranta przy mszy św. i innych nabożeństwach w języku łacińskim.

Na co dzień, poza kościołem, byli znajomymi z jedynej w mieście szkoły powszechnej, z zamieszkania przy tej samej ulicy bądź z tego samego podwórka.

Ministrantura, obok zbliżania do Boga, miała jeszcze jedną zaletę – rodziła przyjaźnie i integrowała chłopców z różnych stron kraju w nowym miejscu zamieszkania w Świdwinie.

Byli zdyscyplinowani. Regularnie uczestniczyli w zbiórkach organizowanych przez kapłana – opiekuna. Bez spóźnień stawiali się w zakrystii na oznaczone dyżury. Przede wszystkim służyli przy ołtarzu podczas liturgii, ale też pomagali w przygotowywaniu odpowiednich paramentów liturgicznych. Na wieży kościoła pociągali linami, by dzwony dzwoniły, a sygnaturką przed prezbiterium dawali znak na rozpoczęcie nabożeństwa. Na chórze kalkowali – czyli uciskali drągi miechów organowych w organach, na których grał organista Józef Wołyniec – były żołnierz Armii Polskiej na Zachodzie w czasie II wojny światowej. Pomagali w usuwaniu gruzów z ulic prowadzących do kościoła.

Żadna msza św. nie mogła obyć się bez udziału ministranta. Zdarzały się i takie sytuacje, kiedy ministrant przychodził do służby ministranckiej o 4 rano, ponieważ kapłan odprawiał mszę św. zanim udawał się w podróż koleją.

Co niedziela jeden bądź dwu ministrantów towarzyszyło kapłanowi w podróży do kościołów filialnych w podświdwińskich wsiach, m.in. w Sławie, Cieszeniewie, Bierzwnicy, Rusinowie, Lekowie, Nielepie, Berkanowie, w których raz bądź dwa razy w miesiącu odprawiane były nabożeństwa.

Życie wspólnoty ministranckiej obfitowało w wiele innych jeszcze powinności związanych z rolą ministranta, m.in. całonocne czuwanie – adoracja przed Grobem Pańskim, udział w odwiedzinach u parafian tzw. kolędowanie sprzedaż czasopisma katolickiego po każdym niedzielnym nabożeństwie, nauka ministrantury młodszych – aspirantów.

Służba ministrancka – to prosta droga do kapłaństwa. Kilku ministrantów próbowało wejść na tę drogę, wstępując do niższego seminarium duchownego.

Wkrótce rezygnowali. Jedynie Michał Czajkowski z grona pierwszych powojennych świdwińskich ministrantów został kapłanem i dostąpił w latach późniejszych zaszczytnego tytułu ks. Profesora – wykładowcy Uniwersytetu im. Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie.

Inni po podstawówce wybierali szkoły licealne w Białogardzie, Połczynie Zdroju, Koszalinie albo podejmowali naukę w świdwińskich szkołach liceum pedagogicznym i technikum mechanicznym. Potem podejmowali różne prace.

Nieliczni z nich, po maturze, wybrali studia wyższe w Szczecinie, Poznaniu, Łodzi. Wkrótce stawali się inżynierami, nauczycielami, urzędnikami, oficerami podoficerami w wojsku a także wykładowcami wyższych uczelni.

Rozeszli się po całym kraju. Są także poza jego granicami. Były ministrant z lat powojennych Leszek Cyrek zawędrował aż do Kalifornii w USA, ale nie traci kontaktów z tymi, z którymi stał bądź klęczał przed ołtarzem w świdwińskiej farze. W Świdwinie – mieście z dzieciństwa i młodości zostały jednostki. Jeden z nich, Henryk Paszuk, najdłużej związał się ze świdwińskimi kościołami. W roli organisty dotrwał do emerytury. I nadal gra na organach w kościele przy ul. ks. Jerzego Popiełuszki oraz śpiewa dającym się dobrze słyszeć głosem.

Wszystkich dawnych świdwińskich ministrantów jednoczy dziś jedno – status emeryta. Są już outsiderami życia zawodowego. Niektórzy z nich zakończyli swój ziemski żywot. Mają swoje groby także na dwu świdwińskich cmentarzach, m.in.Jerzy Czajkowski – tragicznie zmarły młody kolejarz, Henryk Cieślak i Janusz Hibner – wybitni sportowcy, Zbigniew Krupowies -poeta, Gracjan Martul – marynarz, Feliks Kubaj – listonosz.

Nie tak dawno, przypadkowo spotkany przeze mnie na świdwińskiej ulicy dawny ministrant, po dłuższej rozmowie i wspomnieniach powiedział, że cotygodniowe służenie do mszy św. godziwie ukształtowało jego osobowość.

Piszący te słowa, prezes świdwińskiego koła ministrantów z pierwszych lat pięćdziesiątych XX w. w pełni potwierdza to spostrzeżenie.


ks. Michał Czajkowski
Poproszony o kilka zdań wspomnień przelewam je na papier z obawą, że pamięć moja jest zawodna, i z nadzieją, że inni poprawią to, i uzupełnią.

Do Świdwina (ówczesnej Świbowiny) przyjechałem w czerwcu roku 1946 (sam, rodzina kilka miesięcy później), nie mając jeszcze ukończonych 12 lat życia. Nie pamiętam, kiedy i dzięki komu stałem się ministrantem w jedynej czynnej wtedy „świątyni” świdwińskiej, czyli u św. Michała Archanioła (przedtem nie byłem ministrantem, chociaż o kapłaństwie już od dawna myślałem). Owa kaplica (dziś poszerzona jako kościół parafialny) była tak mała, a tłok był tak wielki, że kiedyś zemdlałem przy ołtarzu i niezapomniany nasz kierownik szkoły pan Dmowski (przemawiał potem na moich prymicjach) wyniósł mnie na dwór i cucił. Nie pamiętam pierwszej kaplicy katolickiej, przy ul. Słowiańskiej, widocznie już nie była czynna.

Dzisiaj podziwiamy w kościele św. Michała obraz patrona kościoła i parafii (i mojego patrona), mnie się jednak kojarzy ten kościół z kopią Madonny Sykstyńskiej Rafaela (nawet potem w seminarium duchownym pisałem moje refleksje na temat tego obrazu na wykład z historii sztuki). Widocznie często się wpatrywałem w rysy tej Madonny. Wtedy ministranci nie stali twarzą do ludu, lecz klęczeli, tyłem do ludu, twarzą do ołtarza. Oj, bolały często kolana, bolały… A jak długa i trudna była łacińska ministrantura do wykucia na pamięć… Mszał, który trzeba było przenosić z jednej strony ołtarza na drugą, był tak ciężki, że kiedyś upuściłem go wraz z pulpitem, z wielkim hukiem.

Wpadek zresztą miałem – zwłaszcza na początku – więcej. Kiedyś byłem sam, zbrakło starszych ministrantów, którzy mnie wtajemniczali w arkana sztuki ministranckiej – a pamiętam ich z wdzięcznością do dzisiaj, zmarłych i żyjących (byłem dumny, że odprowadzają mnie z kościoła do domu, póki nie zorientowałem się, że chodzi o …moją piękną siostrę) – musiałem sam wszystko przygotować do Mszy świętej (kościelnego wtedy nie było). Pamiętałem, że do ampułek starsi koledzy nalewali wodę i wino, szukałem tej wody i wreszcie znalazłem, ale zdziwiłem się, że ksiądz przy komunii świętej po wypiciu z kielicha strasznie się skrzywił i spojrzał na mnie bardzo groźnie. Okazało się, że zamiast wody wlałem do ampułki płyn, który osadzał się w naczyńku z solą do chrztu. Kiedy indziej nalałem już prawdziwej wody, tyle że do obu ampułek (bez wina) – i Msza święta była nieważna… Ale pamiętam, że księża byli na ogół wyrozumiali, i nawet tolerowali, że czasem (w dni powszednie) służyłem do Mszy świętej (lub do nabożeństwa majowego czy czerwcowego) na bosaka.

W tym kościele przyjąłem z opóźnieniem Pierwszą Komunię świętą, do której przygotowywaliśmy się…wywożąc wagonikami gruz z kościoła Mariackiego (braki w katechizmie mam do dzisiaj). Przy tym kościele mieszkali (tam, gdzie teraz siostry) kolejni księża wikarzy, przy których pełniłem różne funkcje jako chłopak na posyłki (na przykład po zakupy…), ale niektórym wiele zawdzięczam duchowo, zwłaszcza ks. Adolfowi Lipcowi, który po latach trudnej pracy jako misjonarz w Brazylii (gdzie go odwiedzałem) wrócił do Polski i jako prawie stulatek mieszka w domu księży emerytów w Zielonej Górze. Pełniłem też trochę funkcję kościelnego – słaby i lekki musiałem się wieszać u sznurów, aby puścić w ruch dzwony (dzwonnica stała przy ulicy). Czasem, gdy ksiądz wyjeżdżał (ale oczywiście pociągiem, z przesiadkami) do kurii w Gorzowie, przychodziłem o czwartej rano, żeby mu posłużyć do Mszy świętej. Z ul. Szczecińskiej miałem kawał drogi – i bałem się przechodząc obok grobu żołnierza radzieckiego koło Zamku (chyba, że była to pora, kiedy uczniowie znajdującego się w nim technikum mieli właśnie apel poranny i śpiewali „Kiedy ranne wstają zorze…”). Potem przenieśliśmy się do podnoszonego ofiarnie z gruzów kościoła Mariackiego Mam gdzieś fotografię, jak (w komeżce) trzymam naczynie z wodą święconą podczas poświęcenia tego kościoła przez księdza proboszcza Józefa Kępkę. Przy tym kościele awansowałem na prezesa Kółka Ministrantów (i „podlegali” mi znani później nie tylko w Świdwinie ludzie – ale to już inna historia) i w nim odprawiałem w roku 1958 moje prymicje.

Dojeżdżałem z księdzem z niedzielną Mszą św. (na czczo – ze względu na komunię św.) do różnych wiosek, czasem odległych (np. do Donatowa – chyba 20 km), z których niektóre są dzisiaj osobnymi parafiami. Kiedyś spadłem z bryczki i potłukłem się (na większą chwałę Bożą). Po kolędzie chodziłem z księdzem nie tylko po Świdwinie (była jedna parafia), ale wyjeżdżaliśmy także na wioski, co zajmowało dużo czasu (miesiącami – od Bożego Narodzenia do Wielkanocy – opuszczałem lekcje szkolne, rzecz dzisiaj niemożliwa). Pamiętam, że ostatnią kolędę mieliśmy z ks. Proboszczem Michałem Polulakiem w Bierzwnicy w Wielką Sobotę, razem z poświęceniem pokarmów wielkanocnych.

Jeszcze tylko słówko do moich młodszych Kolegów, dzisiejszych ministrantów. Ciesz się, Bracie, że możesz tak piękną służbę pełnić po reformie liturgicznej Soboru Watykańskiego II. W moich czasach „służyło” się do Mszy świętej, dzisiaj uczestniczysz w niej wraz z ludem Bożym i na jego czele, uczestniczysz w świętej liturgii odnowionej, zrozumiałej, w polskim języku – i współkształtujesz ją. Nie rozumiem tylko, czemu się „pchasz” do ołtarza jako ministrant, jeśli nie otwierasz buzi i serca do wspólnej modlitwy (śpiewu) – i do przyjęcia komunii świętej?… Świadomie i pięknie sprawowana służba ministrancka może dobrze przygotować do dojrzałego, pięknego życia chrześcijańskiego.