Pana Wilfrieda Dahlke spotkałem w maju 2015 roku. Przyjechał na zaproszenie Piotrka Felińskiego z świdwińskiego stowarzyszenia Carpe Diem, na spotkanie z mieszkańcami miasta, w którym się urodził i spędził dzieciństwo.

Pan Wilfred Dahlke na spotkaniu w Bramie

Miejscem spotkania była Brama Kamienna. Nie był to pierwszy powrót do rodzinnego miasta, bywał w nim po wojnie kilkakrotnie. Zapytałem Piotra skąd ta znajomość? Otóż jego ciocia, a moja koleżanka Ala Hapter, gdy była uczennicą świdwińskiego Liceum Pedagogicznego, podczas jednego z wyjazdów na zawody sportowe do jakiejś ze szkół w ówczesnym NRD poznała nauczyciela, który jak się okazało był rodowitym świdwiniakiem. Zaprosiła go do odwiedzenia rodzinnego miasta.

Przypomniałem sobie, była to pierwsza połowa lat 60-tych. Ala przedstawia na Bukowcu Niemca i informuje, że jest to przedwojenny mieszkaniec naszego miasta. Nazwiska nie zapamiętałem. Obcokrajowiec to w tamtych czasach nie lada atrakcja. A, że o spotkaniu wiedziałem wcześniej, postanowiłem się do niego przygotować. Kupiłem rozmówki polsko-niemieckie, niewiele mi to dało. Zapamiętałem tylko dwa zwroty; ”Jak się panu tutaj podoba” i drugie – bo było śmieszne- : „Czy zrobić panu masaż głowy”. Staliśmy na pomoście, gdy z radosną miną zapytałem, oczywiście myląc zwroty. Zdziwiony byłem reakcją, nasz gość gwałtownie odskoczył od krawędzi pomostu. Później wszystko się wyjaśniło i było wesoło. Niemcem tym, jak się później okazało był pan Wilfried Dahlke. Nie zajmowałem się wówczas przeszłością naszego grodu, ale zapamiętałem tylko, jak mówił, że na wieży Bismarcka1, z okazji niektórych świąt zapalano ogień w specjalnej misie umieszczonej w koszu na szczycie (widać misę na starych zdjęciach) oraz wspominał coś o szkole muzycznej i wskazał budynek, w którym się mieściła (naprzeciw dzisiejszego Domu Dziecka).

Po latach, gdy zacząłem interesować się historia miasta, szukałem potwierdzenia wiadomości o szkole muzycznej. Nie znalazłem. Pisząc tekst o rodzinie świdwińskich muzyków Zummachów skojarzyłem, że Artur Zummach dyrygent świdwińskiej orkiestry prowadził prywatną szkółkę naukę gry dla młodych kandydatów do orkiestry.

W Bramie blisko 90 – letni pan Wilfried snuł swoje wspomnienia z dzieciństwa – mówił o ludziach, wydarzeniach i klimacie przedwojennego Świdwina. Oto niewielka garść tych wspomnień, które zdołałem odnotować.

Przyszedł na świat w mieszkaniu wynajmowanym przez rodziców w domu ślusarza Ernsta Bunde przy ulicy Mittelstrasse (Środkowa/Łączna), później na krótko przenieśli się na Banhofstrasse (Dworcowa/3 Marca), aby w końcu aż do wysiedlenia zamieszkać przy Kirchenstrasse (Kościelna/Niedziałkowskiego).

Pływać nauczył się na miejskim kąpielisku ( Rega Badeanstalt) gdy był uczniem szkoły powszechnej. Kąpielisko znajdowało się w odnogach Regi, za stacją towarową (dzisiaj pozostał tylko niewielki stawek). Były dwa oddzielne baseny, deska do skakania i kabiny do przebierania. Basen dla umiejących pływać miał około 6 m. głębokości. Chodzili tam na naukę pływania w ramach lekcji wychowania fizycznego. Przejście ze szkoły(dzisiejsza Jedynka)i powrót zajmowały więcej czasu niż pobyt na basenie. Kąpielisko zamknięto po wybudowaniu ośrodka wypoczynkowego na Bukowcu.

ul. Kościelna

Reprezentacyjnym traktem w mieście była dzisiejsza ulica 1 Maja (Steinstorstrasse), zaś handlowym Kirchenstrasse (Kościelna, fragment dzisiejszej Niedziałkowskiego). Znajdowało się tam wiele sklepów, składów i zakładów rzemieślniczych. Słynne były targi, na które przyjeżdżali chłopi z okolicznych wiosek. Sprzedawali swoje plony w spichlerzach albo na rynku. Później ruszali na zakupy do składów i sklepów. Wiele z nich miało pokoje dla klientów, gdzie można było się posilić i wypić „małe co nie co”. Konie wyprzęgnięte przez parobków stały w stajni, a wozu pełnego zakupów pilnował strażnik miejski. Rzadko się zdarzało, aby coś zginęło.

Swojego strażnika miał również Park Miejski, był bardzo rygorystyczny, przechadzał się po alejkach z dwoma dużymi owczarkami. Popołudniami park tętnił życiem, w muszli odbywały się koncerty, które słuchano pijąc kawę w kawiarence pod gołym niebem. Zimą po stawie karpiowym śmigał z przyjaciółmi na łyżwach.

Pan Wilfried wspomina, ze często, jako dziecko z kolegami oglądał przez metalową siatkę zawody tenisowe na parkowym karcie. Nie wszyscy mieli do niego dostęp, tylko miejscowa elita.

W mieście były dwie hale sportowe, przy szkole podstawowej (uszkodzona w czasie wojny i rozebrana we wczesnych latach 50-tych.) oraz przy gimnazjum im. Rudolfa Virchowa (przy liceum). Miejscowa drużyna piłki nożnej zawsze lokowała się w środku tabeli zasilana młodzieżą z obozu Służby Pracy Rzeszy RAD, która budowała ośrodek nad Bukowcem.

Opowiedział również zabawną historię pewnego świdwinianina, którego nazwisko w wolny tłumaczeniu brzmiało „Nikt”. Miejscowy właściciel ziemski pan von Braun któremu przed Bożym Narodzeniem ogałacano las z młodych świerków, dał ogłoszenie do miejscowej gazety, że „ Nikt nie może wyciąć drzewka bożonarodzeniowego w moim lesie”. Pan Nikt pewnie nie doczytał albo zrozumiał to opacznie, wyciął drzewko i odwiedził pana Brauna, podziękował mówiąc, ze niepotrzebnie dawał ogłoszenie mógł mu to osobiście powiedzieć.

Spotkaniu towarzyszył wyświetlany i komentowany przez pana Wilfrieda i Piotrka Felińskiego pokaz slajdów domów i ulic starego przedwojennego Świdwina. Rolę tłumacza pełniła pani Agnieszka Świerkot Stępień – członek stowarzyszenia Carpe diem.

Pan Wilfried Dahlke urodził się w 1928 roku, spędził tu dzieciństwo i wczesną młodość. Jesienią 1944 roku, wieku 16 lat wraz z kolegami z gimnazjum, mimo 16 lat, zostaje wcielony do niemieckiej armii niemieckiej. Służą w obronie przeciwlotniczej w Gdyni. Walka, ewakuacja, a później niewola no i utrata „małej ojczyzny” były tragicznymi doświadczeniami nastolatka. Po wojnie zamieszkuje we Wschodnich Niemczech, kończy szkołę, później studia i pracuje do emerytury, jako nauczyciel języka angielskiego.

W toku przygotowań do spotkań z cyklu „Świdwin w retrospektywie” (jedna z wielu inicjatyw CARPE DIEM) Piotr Feliński dał mi list od pana Wilfrieda Dahlke, który za jego zgodą, z niewielkimi skrótami, przytaczam poniżej.

Szanowny Panie Feliński,

Wielkie dzięki za Pański list […]. Bardzo się ucieszyłem i mam nadzieję, że moje krótkie wspomnienie o dawnym Świdwinie będzie przydatne. Czynię to bardzo chętnie.

Najpierw, co do fotografa Kiesslinga. Wiem, że atelier Kiessling znajdowało się przy ul Stadtfeld (dzisiaj nieistniejącej). Była to ulica od ul. Kościelnej (Niedziałkowskiego), poprzez Rolną (Orląt Lwowskich) do Nowomiejskiej. Kiessling był jedynym fotografem w Świdwinie. Konsultowałem to z moim przyjacielem z lat szkolnych i młodzieńczych. On dobrze pamiętał ,że w latach 30 – 40 jakaś pani Kiessling prowadziła atelier i robiła także zdjęcia. […].

Co do handlu na Rynku (Plac Konstytucji 3 Maja). Na rogu ulicy Bramy Kamiennej i Rynku rodzina Timm miała sklep żelazny, ale i inne produkty z porcelaną włącznie można było tam nabyć. Obok był zakład rękodzielniczy Collatz, następnie trafika Grothama ( wyroby tytoniowe), kawiarnia Cesarska (Kaiser Cafe) i sklep spożywczy z rabatem, a na rogu Rynku i Kościelnej był sklep spożywczy Steinke. Określano go mianem dziś już zupełnie martwym, kolonialny, bo były tam też produkty zamorskie. Ten Steinke był także właścicielem i kierownikiem kina na Friedrichstrasse (Kościuszki).

W Świdwinie były dwa kina : kino Steinke i kino Ploetz w sali restauracji przy Dworcowej ( dzisiejszy budynek OSiR). W domu Steinke’go na Rynku miał swoją praktyk dentysta dr Kreutz.

Róg ul. Kościelnej i Virchowa (Lekarska): Miejska Kasa Oszczędności, – róg Virchowa i Rynku: sklep szewski Fredricha i Wendlera. To była filia domu odzieżowego tej samej spółki z ul. Bramy Kamiennej. Na sklepie była tablica upamiętniająca wielkiego uczonego rodem ze Świdwina, Rudolfa Virchowa. Niegdyś był tu skromny domek, w którym przyszedł na świat2, dalej apteka dr. Dewiza”Pod Lwem”. Jedyna apteka w Świdwinie. Pamiętam, że, na drugą władze pozwoliłyby tylko wtedy, gdyby ludność miasta liczyła ponad 10 tyś. osób. Ale do tego sporo brakowało. Dalej sklep spożywczy Ruetting. Następnie Butzke, sklep, który przede wszystkim oferował stroje nazistowskie, flagi i różne inne wyposażenie.

Na rogu Rynku z Glassenappstrasse ( Wojska Polskiego) był salon fryzjerski Louisa. Ulica Młyńska (Niedziałkowskiego) sklep spożywczy Winkiel, który w latach 40 przeniósł się do Eisdiele. Dużą część w kierunku Rynku zajmował sklep Jacibiego, z alkoholami, winem itp. Dalej: Robert Vedder – zboże, pasza, nawozy. Na rogu w kierunku Stolarskiej ( Mieszka I) był hotel Monopol, właścicielem był Reisdorf. W sali Monopolu urządzano często uroczystości, zatrzymywał się w nim także szef Urzędu Pracy Rzeszy Hierl, kiedy wizytował obóz pracy (RAD TS 13) w Stadtfichten ( za starym młynem koło Bukowca).

Od ulicy Stolarskiej aż do ul. Regi ( Rzeczna) byli: Domizlaff, sklep spożywczy właściciel Volkmann, Erich Schwarz, sklep odzieżowy Bewersdorf i sklep towarów kolonialnych Bormana.

Większość tych składów i sklepów dysponowała miejscem do wyprzęgu koni. Gospodarze przyjeżdżający do miasta wozami, bez trudu mogli umieszczać w stajniach swoje siwki i furmanki. Tam już o nie zadbano.

Dane, które tutaj podałem, odnoszą się do czasu gdy mieszkałem w Świdwinie i mam nadzieję, ze mogłem Panu trochę pomóc […]

Wilfried Dahlke
Sklep Ottona Timma

Mam nadzieję, że publikacja wspomnień i listu (właściwie fragmentów) pana Dahlke, tym których interesują dzieje miasta, odkryje nowe obszary choćby chwilowych zainteresowań, a innych po prostu zaciekawi. Z autorem listu chodziliśmy i chodzimy prawie po tych samych ulicach. Dla nas to jest nasza Mała ukochana Ojczyzna, a dla Pana Dahlke i nielicznych żyjących z jego pokolenia, to też kraj lat dziecinnych. A ten „ zawsze zostanie Święty i czysty jak pierwsze kochanie”.