Zmarł ksiądz Adolf Lipiec, postać znana pierwszym świdwinianom. Był pierwszym powojennym wikarym. Nie pamiętam go z dzieciństwa, choć to nazwisko nie było mi obce. Przyjaciel rodziny, starsze rodzeństwo uczył religii, a bracia służyli mu do mszy św.

Poznałem go latem 1998 roku. Przyjechał z dalekiej Brazylii, aby w Ojczyźnie dziękować Bogu za swoje 50 lat posługi kapłańskiej. Uroczystości odbyły się w katedrze koszalińskiej oraz obu świdwińskich parafiach. Odwiedzał swoich parafian żyjących i tych na cmentarzu. Bezskutecznie pomagałem mu w poszukiwaniu grobu pani Wołonciej, z którą łączyła go przyjaźń. Byliśmy w Rymaniu i Gościnie, widziałem radość tych, którzy go pamiętali. Jeden podekscytowany, przy powitaniu krzyknął: „O – to nasz kochany ksiądz Wrzesień!”.

Adolf Lipiec nad jeziorem w Słonowicach.

Po spotkaniach i uroczystościach był czas na wypoczynek. Szwajcaria Połczyńska, wieczór przy ognisku nad Nielepem wraz grupą moich przyjaciół (w listach często to wspominał). Był również długi spacer brzegiem słonowickiego jeziora i degustacja zsiadłego zimnego mleka w gospodarstwie Tadzia Kurażyńskiego, z którego śp. rodzicami ks. Adolf się przyjaźnił. Tadziu znał księdza tylko z opowiadań rodziców. Państwo Sajewscy, którym tuż po wojnie dawał ślub, gościli go na swojej działce, gdzie z wielkim zaciekawieniem słuchałem ich wspólnych wspomnień z pionierskich czasów naszego miasta.

Złożył również wizytę burmistrzowi miasta, swojemu byłemu ministrantowi Franciszkowi Paszelowi, od którego otrzymał okolicznościowy dyplom.

Najbardziej wzruszające było spotkanie po mszy u św. Michała, kiedy opowiadał o swojej drodze do kapłaństwa i misjonarskiej posłudze.

Przed Mszą św. w kościele mariackim – Ks .Adolf Lipiec, ks. Michał Czajkowski z bratankiem Rafałem i ministranci

Przyszedł na świat w 1919 r. w miejscowości Chańcza niedaleko Sandomierza. Rodzice pracowali na roli. Szkołę elementarną (podstawową) kończył w Nieświeżu, później salezjańskie Niższe Seminarium Duchowne w Lądzie nad Wartą. Święcenia kapłańskie po ukończeniu Instytutu Teologii Księży Misjonarzy otrzymał z rąk ks. bpa Stanisława Rosponda w 1947 roku. Zostaje wikarym w Krośnie Odrzańskim, tam go „wypatrzył” ks. Michał Polulak, następca pierwszego powojennego proboszcza ks. Józefa Kępki. Załatwia młodemu wikaremu przeniesienie do zrujnowanego Świdwina. Później są probostwa w Rymaniu, Gościnie, Moryniu i Ośnie Lubuskim. Byli świdwińscy proboszczowie z kościoła Mariackiego „terminowali” u ks. Adolfa. Ks. Jan Wszołek w Moryniu, ks. Tadeusz Piasecki w Ośnie Lubuskim.

W 1972 roku chce wyjechać na misje do Somalii, ale władze (Urząd Bezpieczeństwa) nie wyrażają zgody. Pokrętnie uzasadniając odmowę, że ”w kraju też są potrzebni wykształceni ludzie”. Udaje się dopiero dwa lata później, ale do Brazylii. Jest misjonarzem – obsługuje trzy parafie w stanie Alagoas, co w miejscowym języku oznacza „Ziemia blisko jeziora”. Pewnie dlatego, że stan leży nad Atlantykiem, podobnie jak i następna placówka w stanie Pernambuco na wyspie Itemaraca, co znaczy „Skała, która śpiewa”. Ostatnią placówką było Recife, stolica stanu Pernambuco. W Alaguas odwiedził go były wikary ks. Piasecki, a na wyspie Itemaraca były ministrant ks. Czajkowski.

Podczas spotkania opowiadał o swoich brazylijskich parafianach, obyczajach, radościach i smutkach. Na zakończenie poprosił zebranych o odśpiewanie hymnu „Boże coś Polskę”. Był bardzo wzruszony, my też.

Po zakończeniu pracy powrócił do kraju – na emeryturę do swojej diecezji. W tym okresie byliśmy z braćmi i z nim w jego byłej parafii w Moryniu. Zamieszkał w domu księży emerytów w Zielonej Górze, ale chętnie opuszczał ten azyl i pomieszkiwał a to w swojej dawnej parafii, a to u rodziny na Śląsku, a także u różnych znajomych, przez pewien okres u mojego brata w Sieradzu, gdzie się znowu spotkaliśmy i gdzie wysłuchiwałem jego opowieści.

ks. Adolf z Rafałem Czajkowskim

Niekorzystny klimat, praca w trudnych warunkach klimatycznych odbiły się na zdrowiu księdza Adolfa. Przestał opuszczać placówkę, pozostała tylko korespondencja. Pisałem o mieście, wydarzeniach i ludziach. Był tego ciekaw. Jego listy było coraz trudniej odczytywać, później prosił kogoś o napisanie kilku słów. Tracił wzrok. Od wielu miesięcy nie miałem już wiadomości, ale wiedziałem, że żyje.

Niestety, później otrzymałem wiadomość, że zmarł 18 stycznia, spoczął zgodnie z życzeniem na cmentarzu w swojej byłej parafii w Moryniu.

Ks. Adolf Lipiec był dla mnie osobą ważną, pamiętam jego wiele rad i wskazówek i na zawsze zachowam go we wdzięcznej pamięci.

23.2.2014