Panią Walerię Marko znam od zawsze. Mama moich przyjaciół, osoba o zdrowych, niezbyt częstych w tej kategorii wiekowej poglądach i bardzo ostrym języku, co sam niejednokrotnie na własnej skórze doświadczyłem.

Pani Waleria Marko

Przybyła do Świdwina ze świeżo poślubionym wdowcem Stanisławem i jego nastoletnim synem Kazimierzem. Miała 20 lat. Nieżyjący już Pan Stanisław był do 1939 roku sołtysem Krotoszyna i kasjerem w Kasie Stefczyka.

Dzisiaj pani Waleria cieszy się gronem siedmiorga dzieci, dwanaściorga wnuków i trzynaściorga prawnuków.

Oprócz państwa Marko w krotoszyńskim transporcie przesiedleńców (przez długie lata fałszywie nazywanych repatriantami) znaleźli się protoplaści późniejszych znanych rodzin świdwińskich, między innymi: Bryccy, Chorobowie, Cieślińscy, Ciepły, Czarneccy, Kurkowscy, Krukowscy, Mydłowicze, Pakułowie, Pereczkowscy, Rosołowiczowie, Sochowie, Szymszonowie, Szołdrowie, Szydłowscy, Szutrowie.

Wspomnienia Pani Marko opublikowała „Gazeta Świdwińska” w 1995 roku. Szmat czasu. A mimo to pamiętam, że w trakcie czytania miałem nieodparte wrażenie, że ktoś szepcze mi do ucha niezapomniane strofy Miłoszowe:

W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę,
Jest takie leśne jezioro ogromne.
Chmury szerokie, rozdarte, cudowne
Pamiętam, kiedy wzrok za siebie rzucę.

I płytkich wód szept w jakimś mroku ciemnym,
I dno, na którym są trawy cierniste,
Mew czarnych krzyk, zachodów zimnych czerwień,
Cyranek świsty w górze porywiste.

Śpi w niebie moim to jezioro czerni.
Pochylam się i widzę na dnie
Blask mego życia …

W okrutnym, nieludzkim 20 wieku, deportacje, przesiedlenia, wygnania dotknęły milionów. Nasza ojczyzna stała się jedną z wielu aren, często tragicznej, wędrówki ludów: Polaków, Niemców, Ukraińców, Żydów i innych naszych bliźnich. Wiersz Miłosza jest elegią dla wszystkich wyzutych przez zły los, czas pogardy, ze swojej małej ojczyzny. I nie ma znaczenia wyznanie, język, tożsamość narodowa. Cierpienia naszych sióstr i braci wypędzonych z Kresów są równe cierpieniom naszych bliźnich wygnanych z Pomorza, Dolnego Śląska, Bieszczad. Cierpienie nie ma narodowej identyfikacji. Cierpienia nie sposób określać w kategoriach większe, mniejsze, zasłużone, niezasłużone, zawinione, niewinne.

Wspomnienia publikuję za zgodą autorki z niewielkimi zmianami i uzupełnieniami.


Krotoszyn to wieś dwie mile na południowy wschód od Lwowa. (ok. 14 km) Przed wojną zamieszkiwali tu od pokoleń Polacy w zdecydowanej większości. Według starych ksiąg parafialnych swój początek wywodzi z poznańskiego Krotoszyna, kiedy to zakon dominikański mając swoje dobra niedaleko Lwowa sprowadził tam osadników. W okresie międzywojennym była to wieś bardzo postępowa: szkoła, kościół, kółko rolnicze, kasa Stefczyka udzielająca niskoprocentowych kredytów rolnikom i fundująca stypendia zdolnej młodzieży. Działały również różne organizacje młodzieżowe i chór, który występował nawet w lwowskiej rozgłośni radiowej. Pięcioletni okres wojny obfitował w wydarzenia tragiczne. Zsyłki na Sybir, wywózki na roboty do Niemiec, aresztowania, karne ekspedycje, głód. Koniec wojny ogłosił Józef Brycki, jadąc przez wieś na siwej kobyle i bijąc w bęben krzyczał „koniec wojny, koniec wojny”. Ludzie ożyli, mężczyźni wracali z wojny, wszyscy planowali przyszłość. Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że my nie na swoim, że naszą ziemią ma być ta nad Odrą i Nysą, a na wschodzie granice Rzeczpospolitej oprą się o Bug, a kto wie czy i nie na Sanie. Ludzie zaczęli się naradzać. Jedni mówili – po moim trupie, inni po cichu zbijali skrzynie i zaczęli się pakować. Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok minęły w smutnym nastroju i w oczekiwaniu na niepewną przyszłość.

Już wczesną wiosną wyjeżdżali pierwsi odważni, między innymi ksiądz. Z początkiem kwietnia przywożą przesiedlonych zza Sanu Ukraińców, którzy mieszkają razem z nami i czekają na nasz wyjazd, spędzają z nami święta Wielkanocne. Są nie mniej zastraszonymi od nas. Po świętach przygotowania do wyjazdu, pakujemy co się da do skrzyń. Jedziemy w nieznane. Na stacji w Sichowie mamy podstawione dwa składy pociągu, po cztery rodziny do wagonu. Z nami jedzie nauczyciel Kisielewicz z żoną (został kierownikiem szkoły w Słonowicach). Miał dwie bardzo ciężkie skrzynie, przewoził w nich książki. Jedzie również Maria Rzeszotkówna, uczyła później w świdwińskiej ćwiczeniówce.

1 maja 1946 r., ostatni dzień w domu, jeszcze wieczorem ostatni pogrzeb i ostatni Anioł Pański na cmentarzu. Następnego dnia od rana dopychanie do wagonów ostatnich niezbędnych rzeczy. Obiad gotujemy już na stacji. Wieczorem żegnany płaczem i łzami odjeżdża pierwszy transport. My jeszcze zostajemy, nocujemy w wagonach. Z nami ulokowano jedną rodzinę wraz z bydłem, jedzie nielegalnie, bo miała być aresztowana przez NKWD – wszyscy się bardzo boimy. Ranek 3 maja. Piękny słoneczny dzień, kwitną sady. Przyczepiliśmy między wagonami dwa ule, pszczoły oblatują, zamykamy oczko – która nie zdążyła powrócić została. Przy śpiewie Serdeczna Matko pociąg ruszył. Po południu jesteśmy w Rawie Ruskiej, podstawiają polskie wagony na wąskie tory. Wagony mniejsze i znowu dźwiganie. Nie wszystko się mieści, część dobytku loduje na dachu wagonu, w trakcie jazdy połowa spadnie… Wieczorem kontrola – sprawdzanie dokumentów, szukanie broni, zamknięcie na głucho, milczenie… Jedziemy.

Wczesnym rankiem odsuwają się drzwi wagonu. Stacja polska, polska mowa, polski kolejarz. Płacz i radość. PUR (Polski Urząd Repatriacyjny) organizuje nam chleb i zupę. Jedziemy dalej, dwa i pół tygodnia. Stacja docelowa Świdwin. „My tu nie chcemy, my chcemy na Śląsk, do swoich, do księdza” [tam dotarły wcześniejsze transporty z Krotoszyna, dop. Z.Cz.]. Wieczorami chłopcy grają na harmonii, śpiewamy, tańczymy pijemy ostatnią krotoszyńską samogonkę. Na nadregańskich łąkach wypasamy krowy. I tak około dwóch tygodni czekamy na odjazd, do swoich, na Dolny Śląsk, do Namysłowa. Tam nasi krajanie i nasz proboszcz ks. Michał Milewski i obraz Matki Boskiej z dzieciątkiem i rzeźba Chrystusa Frasobliwego z naszej krotoszyńskiej świątyni. Pewnego dnia radość, podłączają parowóz, pakujemy dobytek, jedziemy dalej, dołączymy do naszych. Niestety to tylko wybieg, chciano się nas pozbyć, bo blokowaliśmy peron. Transport dojeżdża do przejazdu na Szczecińskiej i się cofa. Spychają nas na boczny tor… Stoimy. Niektórzy na własną rękę szukają coś w Świdwinie, reszta godzi się na wieś, na gospodarstwa. Wszyscy są pewni, że to niedługo, że do jesieni i wracamy znów do Krotoszyna. Niektórzy nawet się nie rozpakowują, ale czas biegnie, każdy się jakoś urządza i powoli akceptuje nową rzeczywistość i tak już ponad 65 lat. Starsi już odeszli, my kiedyś młodzi już dzisiaj starzy. Nasze dzieci i wnuki znają swoje korzenie z opowieści. Blisko połowa członków świdwińskiego Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich to krotoszynianie.

Będąc na wycieczce we Lwowie w 1993 roku odwiedziliśmy nasz rodzinny Krotoszyn. Niby ten sam, ale jakiś inny, nie ten. Szary, ponury – nie ma tam nas. Krotoszyn bez miedz, zza których czupurni sąsiedzi skakali sobie do oczu. Powróciły obrazy z dzieciństwa i wczesnej młodości. Często trudne, czasami dramatyczne, ale nasze – zachowane w pamięci na zawsze.

waleria marko