Świdwiński cmentarz

Kalendarz minionych dni
spowite w kwiaty
ogródki

różnych gustów
i pomysłów

Nawet hrabinie de Polenta
Marii Wolmer

w otoczeniu takim
spokojnie
mija odpoczywanie

Tutaj
nikt sam sobie
nie wybierał miejsca
nawet dla wyklętych
jest specjalne miejsce

Irena Knapik-Machnowska
Hrabina – Zdjęcie przedwojenne

Był rok 1957, okres ferii lub wakacji i dużo wolnego czasu. Po porannej mszy świętej /której ministrowałem/ ksiądz w zakrystii powiedział: – Pójdziesz do takiej starszej pani przy Reymonta i poczytasz jej. Jest obłożnie chora, nie wstaje z łóżka i ma słaby wzrok. Przyznam, że przyjąłem polecenie bez entuzjazmu. Miałem 13 lat i wiele bardziej interesujących zajęć niż odwiedzanie jakiejś starowiny. Ale zgodziłem się. Pierwsze wrażenie – ciemny, skromnie umeblowany pokoik i łóżko z chudą, bladą staruszką. Opowiedziałem jej o sobie, rodziców znała. Dała mi trylogię Sienkiewicza i poprosiła abym jej czytał.

Boże Ciało lata 50. Na pierwszym planie chorągiew haftowana przez hrabinę de Polenta Marię Wolmer.
Jedną ze wstążek trzyma mała Irena Knapik-Machnowska /pierwsza z prawej strony/.

Nie wiem, ile razy tam byłem, ale pamiętam, że często tam chodziłem. Barwnie opowiadała o przeszłości. Miała jasny umysł, żywą pamięć i ciepły – z kresowym zaśpiewem- głos. Wspominała rodzinne strony, dwór gdzieś na rubieżach Rzeczpospolitej, matkę Adelę i ojca Stanisława, i Kłajpedę, gdzie przyszła na świat. Mówiła o koligacjach rodzinnych, wojażach zagranicznych, szykownych balach. Była wdową. Coś wspominała o synu, który wyszedł z armią Andersa i po wojnie potajemnie ją odwiedził. Później słuch o nim zaginął. Pokazywała rodowe pamiątki i dokumenty z dużymi pieczęciami, zgromadzone w kuferku pod łóżkiem. Dostałem nawet w podzięce jakieś stare grafiki, które gdzieś zapodziałem. W mej pamięci pozostały jedynie strzępy tych wspomnień. Widać było, że bardzo cierpi, przyjmowała to z wielką pokorą, była bardzo religijna. Pamiętam, jak mówiła, że to pokuta za beztroskie życie jakie w młodości pędziła.

Coraz częściej żałuję niezadanych pytań osobom, którym postawić już ich nie można.

Rafał Czajkowski przy grobie hrabiny Marii Wolmer de Polenta.

Potem, wiele lat po jej śmierci, dopytywałem się o nią rodziców i innych starych świdwinian. Była znaczącą postacią w powojennym mieście. Wysoka, elegancka, dystyngowana i zawsze w pięknych kapeluszach, do których podobno miała słabość. Mieszkała w niewielkim mieszkaniu przy poczcie. Pomagała innym. W nieistniejącym już Domku Myśliwskim w Dużym Parku organizowała imprezy dobroczynne. Miasto było biedne, ludzie z transportów, przesiedleń, poturbowani przez lata wojny i okupacji. Moja rodzina też korzystała z jej szlachetności. Ojciec kolejarz, mama niepracująca i siedmioro nienażartych gęb do wykarmienia. Fundusze czerpała z własnych zasobów i darów. Otaczała opieką sieroty, organizowała obiady dla biednych dzieci. Moja śp. siostra Krystyna, uczennica jednego z pierwszych roczników Liceum Pedagogicznego, opowiadała jak pani Maria haftowała chorągiew Krucjaty Eucharystycznej, dla mariackiego kościoła. Chorągiew do dzisiaj jest używana w trakcie dużych uroczystości religijnych. Była współorganizatorem Polskiego Czerwonego Krzyża w powojennym Świdwinie. Siostra Krysia była nawet jakaś funkcyjna w kole, bo pamiętam kartoniki z czerwonymi znaczkami PCK które pewnie rozprowadzała.

Zdjęcie zrobione przed wejściem do Szkoły Podstawowej nr 1 w Świdwinie.
Siedzą – Frydolin Słowik – burmistrz (1946-1950), hrabina Wolmer de Polenta, ks. Józef Kępka – pierwszy proboszcz,
Józef Dmowski – organizatorI kierownik Powszechnej Szkoły Publicznej (dzisiejsza „jedynka”),
Stoją, od lewej – Zygmunt Docha – nauczyciel matematyki, fizyki i chemii, obok „nn”, polonistka Leokadia Malinowa.
W trzecim rzędzie od lewej: biolożka Maria Śniegocka, obok uczeń VII kl. Zenon Cieślak.

Później przestała pasować do nowego krajobrazu miasta. Nastały inne porządki. Do głosu doszli „prawdziwi marksiści”, „starsi bracia w wierze” dzisiejszych „prawdziwych Polaków”. Została zmuszona do opuszczenia dotychczasowego mieszkania i przesiedlona do skromnego pokoiku przy Reymonta 12. Już ciężko chorowała. Pamiętały o niej i opieką otaczały nasze greko – katolickie siostry zakonne i nieliczni znajomi. Zmarła 1 marca 1959 roku. Chował ją miejscowy wikary ks. Kazimierz Trelka.

W starej części cmentarza jest grób Hrabiny. Do niedawna był na nim napis:

Tu spoczywa ta, która wiele cierpiała. Hrabina De Polenta Maria Wolmer. Żyła lat 87

Pochodziła ze starej litewskiej szlachty skoligaconej z wielce zasłużonym dla Rzeczpospolitej włoskim rodem Bellantini de Polenta. Jednemu z de Polentów, pod koniec „potopu” szwedzkiego, król Jan Kazimierz nadał tytuł hrabiowski. Jej przodkowie ze strony Wolmerów herbu Korwin posłowali na sejmy Rzeczpospolitej Obojga Narodów i sprawowali znaczące urzędy ziemskie: kasztelanów, marszałków powiatu, oboźnych, sędziów ziemskich, chorążych nadwornych.

Młodzi członkowie PCK przy nowym nagrobku.

Od wielu lat, kiedy z żoną odwiedzamy groby bliskich, często przystajemy się przy mogile Hrabiny, na krótką modlitwę i by zapalić świeczkę, czasami poprawić nieczytelne literki. Nie byliśmy jedynymi którzy o niej pamiętali. Widać to po zniczach i kwiatach. Irena Knapik-Machnowska też od dziecka zanosiła na Jej grób nagietki, astry i nasturcje. Po wyjeździe ze Świdwina wspomina o Niej w wierszu „Świdwiński Cmentarz” publikowany w 1984 r. w tomiku „W Sidłach”. Upływ czasu powodował, że cementowy nagrobek powoli ulegał rozpadowi. Bałem się, że niedługo na niszczejącym i nieopłacanym grobie zawiśnie tabliczka „grób do likwidacji”. Na początku 2010 roku poprosiłem burmistrza Jana Owsiaka o interwencję w sprawie zniszczonego przez czas pomnika nagrobnego osoby tak zasłużonej dla miasta. Reakcja była szybka. Po kilku dniach przedzwoniła do mnie szefowa świdwińskiego PCK , przekazałem jej niezbędne informacje o jej działalności, szczególnie tej czerwonokrzyskiej. Po kilku miesiącach dzięki staraniom miejscowego PCK i sponsorom pani Mirosławy Lemańczyk ze Świdwina i państwa J.T Drzewieckim z Łobza stanął nowy, biały nagrobek. Uroczystego poświęcenia z udziałem młodych członków PCK i władz dokonał ks. prob. Roman Tarniowy 8 maja 2010 roku. Na uroczystości nie byłem, bo nie zostałem poinformowany przez organizatorów. Ale to pryszcz. Najważniejsze, że znowu w spokoju mogę na Jej mogile zapalić znicz i zadośćuczynić za moje szczenięce zniecierpliwienie.