Druga część tekstu pana von Lippitza o virchowowskim gimnazjum opisuje szkołę w początkowym okresie rządów nazistów i późniejszej wojny.

W szkole zmieniają się obyczaje, obowiązujące święta, szkoła zostaje upolityczniona, a dyrektor zastąpiony innym, partyjnym, zaufanym. W delikatniejszej formie, ale i dziś nie jest nam to obce.

Budynek szkoły w pierwszych latach po wybudowaniu

Uczeń szkoły pan Wilfred Dahlke na spotkaniu w maju 2015 roku wspominał, kiedy jako 16- letni gimnazjalista zostaje jesienią 1944 roku wyrwany wraz z kolegami z ławy szkolnej i wcielony do Wehrmachtu. Uczennice skierowano do kopania rowów przeciwczołgowych i innych prac na rzecz wojska i Rzeszy.


Po zmianach politycznych w 1933 roku wprowadzono nowe święta. Otrzymały one pierwszeństwo przed innymi. Nasze gimnazjum też w nich brało udział. Od 1934 roku nauczyciele i młodzież, po uroczystościach w auli szkolnej, maszerowali w pierwszomajowym pochodzie „stanów i zawodów” z okazji Narodowego Święto Pracy – najbardziej masowego święta III Rzeszy, a w 1940 roku pomaszerowali aż nad jezioro Bukowiec, by pomóc ukończyć budowę ” miejsca zgromadzeń ludowych”. Po przejęciu władzy przez nazistów wszystko zaczęło się zmieniać. Przedtem każdy tydzień, każdy semestr pracy szkolnej rozpoczynano specjalnym nabożeństwem, a od roku szkolnego 1934/35 każdy kwartał zaczynały parady ze sztandarami, flagami przed szkołą. W tym też roku wydano zarządzenie, że każda lekcja ma się zaczynać i kończyć hitlerowskim pozdrowieniem Heil Hitler. Soboty stały się państwowymi dniami młodzieży, nie było lekcji, uczniowie zbierali się na placu sportu i jego okolicach, aby uczestniczyć w wykonywaniu zaleconych zadań. Po krótkim czasie 5 – dniowy tydzień nauki szkolnej nie znalazł uznania w oczach ministra i w 1936 roku powrócono do 6 – dniowego. Na wiosnę 1935 roku zorganizowano kursy naukowe dla starszych klas w schronisku młodzieżowym we wsi Trechel (Trzechel) powiat Naugard (Nowogard), tych z kolei nie zaakceptowali aktywiści Hitlerjugend i szybko je zlikwidowano.

Czapki uczniowskie też się kłóciły z narodowosocjalistycznym modelem wychowawczym. Zupełnie nie pasowały. Zniknęły z pejzażu miejskiego pod naciskiem jednolicie umundurowanych uczniów z HJ. Po 1936 roku w całej Rzeszy uczniowie od 10 do 14 roku życia musieli należeć do narodowej organizacji dla chłopców i dziewcząt ( Jungvolk, Jungmadel ), a od 14 do !8 lat do Hitlerjugend lub Związku Niemieckich Dziewcząt (BDM ). Jak mało ci młodzi, nawet przewodniczący wyżej wymienionych organizacji byli wierni hitlerowskiej ideologii, świadczą kary jakie na kilku z nich spadły za brak ideowej czujności.

Dyrektor gimnazjum dr Paul Lott

Z nauczycieli szkoły nikt nie piastował żadnej funkcji w aparacie partyjnym NSDAP, jednego tylko posądzano o wyraźne sympatie nazistowskie. Większość zapewne należała do ówczesnych organizacji masowych, ale nie widać było z ich strony chęci rozpowszechniania w szkole doktryny hitlerowskiej. Starsi nauczyciele z zauważalną rezerwą „celebrowali” obowiązek hitlerowskiego pozdrowienia na początku każdej lekcji, można było domniemywać, że nie pałają entuzjazmem do reżimu. W 1941 roku został zdymisjonowany dyrektor liceum Paul Lott. Mówiono, że jego religijność była powodem, że stracił zaufanie władz partyjnych, wszak nie można było na nim do końca polegać. Nowym dyrektorem mianowano dr. Wilhelma Johannpatera. Determinacji kilku nauczycieli gimnazjalnych zawdzięczano, że comiesięczne, poranne nabożeństwa w szkole zostały utrzymane do końca roku szkolnego 1937/38.

Gdy wybuchła wojna grono pedagogiczne było jeszcze w komplecie. Później wielu nauczycieli zostało wcielonych do Wehrmachtu. Uczniowie, którzy w roku 1940 mieli zdawać maturę, a zostali powołani do Wehrmachtu, już w roku 1939 otrzymali dyplomy dojrzałości. Inni otrzymywali je – z takich samych powodów – bez egzaminów albo upraszczano im egzaminy. W trakcie wojny coraz więcej uczniów powoływano do służby wojskowej. Nie mogli już otrzymywać dyplomów maturalnych, ale przenoszono ich automatycznie do wyższych klas. Miało to im umożliwić po wojnie dostanie się na studia uniwersyteckie bez egzaminu dojrzałości. Ostatnią maturę w Świdwinie zdawały dziewczęta 4 lutego 1944 roku.

Absolwenci z 1939 r.

Nie wszyscy poszli na front. Ci którzy pozostali ze względu na wiek, chłopcy i dziewczęta, pracowali dla potrzeb wojny. Na Pomorzu była to przede wszystkim wykopki kartofli, bo robotników rolnych nie starczało. Rano przywożono uczniów traktorowymi przyczepami, na furmankach, a wieczorem odwożono do miasta. Niektórzy nocowali u gospodarzy. Za pracę byli wynagradzani. W okresie wykopków szkołę zamykano. W latach wojny były także „ferie węglowe”, bo brakowało opału. Wtedy uczniowie tylko raz w tygodniu przychodzili do nieogrzewanej szkoły, aby zabrać kolejne zadania na najbliższe siedem dni. spisywali je drętwiejącymi palcami.

Dywanowe naloty aliantów na miasta zachodnioniemieckie spowodowały, że latem 43 roku grupa 200 dziewcząt, często z matkami i rodzeństwem, zamieszkała w budynku gimnazjum im. Rudolfa Virchowa, gdzie miały też trochę lekcji. Pochodziły z Herne, z Zagłębia Ruhry. Jesienią 43 chłopcy z gimnazjum zostali wysłani do Gotenhafen (Gdyni) aby służyć w oddziałach pomocniczych marynarki wojennej. Zakwaterowano ich w barakach z chłopakami z innych szkół i przeszkolono w obsłudze dział przeciwlotniczych. Potem część starszych wcielono do batalionów roboczych Rzeszy (RAD) i Wehrmachtu. Na ich miejsce przybyli nowi, młodsi uczniowie ze Świdwina. Pod koniec wojny zostali przerzuceni na Hel. Niektórzy wzięli udział w walkach, a wszystkich co uszli z życiem przetransportowano statkiem szpitalnym do Sassnitz na Rugii (marzec 1945 rok). Następnym etapem był Friedland (Meklemburgia – Pomorze Przednie) gdzie skierowano ich do robót na rzecz Rzeszy lub do Wehrmachtu Gdy wojna się skończyła trafili do obozów jenieckich lub radzieckiej niewoli.

Uczennice świdwińskiego gimnazjum latem 1944 roku zostały skoszarowane w okolicach Baldenburg ( Biały Bór ), kopały rowy przeciwczołgowe i stawiały zasieki przeciwpiechotne, zajmowały się też przygotowywaniem posiłków dla żołnierzy. Trwało to do października. Wróciły by pomagać wielodzietnym rodzinom. Po Bożym Narodzeniu 1944 tylko w nieliczne dni miały zajęcia szkolne. Część z nich skierowano do pracy w administracji, na kolei i do opieki nad uciekinierami z objętych pożogą wojenną terenów. Niektóre dziewczyny już w listopadzie rozpoczęły kursy radiotelegrafistek w koszarach białogardzkich.

W styczniu 1945 roku gimnazjum świdwińskie zawiesiło działalność. Budynek przeznaczono na lazaret i punk zborny uchodźców.

Die Pommersche Zeitung z 2013 r. z artykułem o gimnazjum

Kiedy ostatni niemieccy uchodźcy w marcu 1945 opuścili budynek szkoły, zamieszkały w nim przesiedlone polskie rodziny, które nie od razu znalazły mieszkanie. W latach 1946 – 1968 było tu Liceum Pedagogiczne, potem przez trzy lata ekonomiczne, a teraz Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych. Szkoła od dawna nosi imię wybitnego polskiego poety Władysława Broniewskiego. Nasza w Schivelbein – Rudolfa Virchowa. wybitnego niemieckiego lekarza, uczonego.

Wierzę, że dzisiejsi mieszkańcy miasta o Nim pamiętają. W jednej z swoich mów w pruskim sejmie, prof. R. Virchow powiedział m.in: ” dla dzieci, których językiem macierzystym jest język polski, nie może być innego nauczania od początku jak tylko w języku polskim”. A było to w czasach wzmożonej germanizacji na ziemiach niegdyś należących do I Rzeczpospolitej. Reakcja Rudolfa Virchowa na tzw. rugi pruskie była jeszcze bardziej stanowcza: „Jest to w istocie czyn najstraszniejszy jakiego można dopuścić się przeciwko człowiekowi. Wypędzić go, ot tak – bez przyczyny, z jego ojcowizny. Nie wiem, czy można sobie wyobrazić coś bardziej nieludzkiego?”.