W historii naszego osadnictwa na zdobytych ziemiach, zwanych odzyskanymi jest kilka białych a właściwie czarnych plam. Są to tematy niełatwe. Wielu chciałoby, aby do nich nie wracać. Inaczej uważał ks. Zdzisław Zalewski, który w Gościu Niedzielnym z 1999 r. pod westernowym tytułem „ Jak zdobywano Dziki Zachód” do tych spraw powrócił. Kanwą artykułu są wspomnienia Jana Górskiego, pierwszego burmistrza w powojennej już polskiej historii Świdwina – wówczas 34 letniego byłego jeńca wojennego i przymusowego robotnika. Pierwszy powojenny burmistrz zapraszany przez pierwszego – po przemianach politycznych – burmistrza Franciszka Paszela gościł w Świdwinie kilkakrotnie. Z okazji jubileuszu 700-lecia otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Miasta. Niestety, pierwszy włodarz naszego miasta odszedł już do Lepszego Świata. Odszedł mając na zawsze w pamięci miasto, którym kierował i zręby polskiej administracji tworzył w bardzo trudnym okresie. Pamiętam jego opowieści, szczególnie tą o miejscowym krawcu, który spory zapas flag hitlerowskich zgromadzonych na zamku wykorzystywał, jako podszewkę w szytych ubraniach. Zapobiegliwy rzemieślnik miał z tego powodu spore kłopoty – czujność rewolucyjna zdarza się w każdym systemie, nie tylko w III Rzeczpospolitej – został na krótko przez UB aresztowany i oskarżony o „szerzenie propagandy nazistowskiej”.

Burmistrz Jan Górski

Odwiedziliśmy Bukowiec, pokazywał drzewa, które posadził, opowiadał o ludziach i zdarzeniach z tego pionierskiego okresu. Był honorowym gościem na jubileuszu kapłaństwa ks. Czajkowskiego latem 1998 r. Były to jego ostatnie odwiedziny w mieście, któremu był tak oddany.

Oto obszerne fragmenty wspomnień burmistrza Jana Górskiego spisane przez ks. Z. Zalewskiego.

„Po zdobyciu miasta władzę przejęła delegatura Dowództwa Wojsk Polskich. Na czele stał Rosjanin w randze pułkownika. (…) najważniejsze było rozstrzygnięcie, co wezmą Rosjanie, a co dopiero powołane, polskie władze cywilne. (…) najlepsze majątki ziemskie wzięło wojsko najpierw radzieckie potem polskie. W końcu maja 1945 r. już było wiadomo, co przypadnie władzy polskiej, a co będzie zarządzane przez wojsko w ramach tzw. Pułku Rolno-Gospodarczego. (…) Górski znał okolice, więc zajął się szukaniem nowych gospodarzy dla wsi. Polscy jeńcy czy robotnicy, którzy pozostali, byli mianowani sołtysami. Mieli zabezpieczyć pozostałe mienie przed rabunkami. (…) Na początku marca 1945 r. okolice Świdwina nie były już niemieckie. W samym miesicie w tym momencie było dziesięć tysięcy Niemców i tylko kilkunastu Polaków. Utworzono więc naprędce władze miasta, na których czele stanął Jan Górski i rozpoczęto wysiedlanie dotychczasowych mieszkańców. Trwało to ponad rok. Wysiedlenia nie powstrzymała nawet sroga zima następnego roku. Niemcy wyjeżdżali transportami towarowymi. Zimą wielu z nich, zwłaszcza dzieci, zmarło podczas transportu. Niemcy do dziś mają pretensje, że robiliśmy te przesiedlenia zimą. (…) Powstrzymała ten proceder angielska delegacja, która wstrzymała przesiedlenia. Przesiedleńcy zostali zebrani w barakach na ul. Szczecińskiej na terenie POM-u i tam czekali na kolejne transporty. Wagonami jechali do Szczecina. Tam w Gumieńcach w cukrowni był punkt repatriacyjny. Niestety po drodze byli często ograbiani z tego, co mieli. (…) Najpierw pojawili się Polacy z Gniezna, Bydgoszczy i Poznania. Przyjeżdżali na rekonesans. Część z nich pozostała (…). Potem zaczęli pojawiać się kolejarze, pierwsze urzędy pocztowe. Zaczęła napływać ludność z Polski centralnej. Niektórzy zaczęli wybierać po kilka różnych mieszkań. Zaznaczali, że są zajęte. Pisali, np.: TU MIESZKA MĘCZENNIK Z WARSZAWY”.

Z szabrownikami i moja rodzina miała doświadczenia. Ojciec, kolejarz, został skierowany do pracy na Ziemie Zachodnie. Wybrał Świdwin a ściślej Świbowinę, bo taką nazwę miasto wówczas nosiło. Wybrał opuszczony domek po niemieckim dróżniku przy Szczecińskiej 1. Dom niedaleko stacji z kompletem mebli a nawet pianinem na piętrze. Pojechał po rodzinę do Sierpca. Gdy wrócił dom był ogołocony z mebli a instrument muzyczny z piętra wyniesiono przez wybitą ścianę. Potrzebne meble kupił od opuszczających miasto Niemców, co nie było zbyt powszechnie stosowaną praktyką. Można było po prostu zabrać. Pamiętam jako dziecko częste odwiedziny Niemek, bowiem moja Mama z dziada pradziada Pomorzanka znająca doskonale niemiecki pomagała im załatwiać sprawy w urzędach polskich. Podobnie czyniła w czasie okupacji, tylko wówczas Polakom w urzędach niemieckich.

Dalej ks. Zalewski pisze:

„Osadnicy pochodzili z różnych rejonów kraju. Nie zawsze sąsiedzi potrafili dogadać się ze sobą. Często dochodziło do kłótni. Zdaje się, że w Cieszeniewie sąsiedzi spierali się o to, czyja jest studnia. W tym sporze poszli tak daleko, że jeden drugiego zabił. Złą rzeczą było to, że po zwolnieniu z wojska tzw. Osadników wojskowych, dokwaterowano ich do gospodarstw prowadzonych przez Polaków pracujących nawet przez pięć lat u Niemców, jako robotnicy przymusowi. Przez ten czas nabyli już umiejętności dobrego gospodarowania. Szanowali ziemię, obsiewali ją. Natomiast wielu z osadników wojskowych nie chciało pracować. Wybierali raczej alkohol i zabawę. To sprawiło, że wiele gospodarstw ju8ż po wojnie zostało przez nich zniszczonych Gospodarstwa o powierzchni ponad sto hektarów były zajmowane przez Państwowe Nieruchomości Ziemskie. To był dobry pomysł. Urzędnikami w nich byli niedawni właściciele ziemscy, inspektorzy rolni i agronomi. Przyjeżdżali tu, bo albo w Polsce centralnej zostali pozbawieni swoich dóbr, albo ciążyła na nich działalność w Armii Krajowej. Ich mądrość polegała i na tym, że potrafili słuchać Niemców, którzy tu jeszcze byli, a którzy chętnie opowiadali o strukturze gleby na swoich gospodarstwach i o stosowanych płodozmianach. W pierwszej fazie gospodarstwa miały bardzo dobre zbiory, bo ziemie charakteryzowały się wysoką kulturą rolną. Z czasem zaczęło być coraz gorzej, a to za przyczyną tworzonych spółdzielni produkcyjnych i państwowych gospodarstw rolnych… Były przypadki, że dyrektorem takiego przedsiębiorstwa był np. fryzjer, który czasem nie miał rozeznania co rośnie na jego polu.

(…) w Świdwinie na 10 tysięcy mieszkańców było około 150 katolików. W czasie wojny korzystali z kaplicy, która znajdowała się za Bramą Kamienną przy ul. Słowiańskiej, na pierwszym piętrze. Raz w miesiącu odbywały się tam nabożeństwa dla Polaków. Mieszkańcy wiosek potrzebowali przepustki od sołtysa na uczestnictwo we Mszy Świętej Potem zaniechano tej praktyki”.


Mało znana jest tragiczna historia katolickiego proboszcza świdwińskiej parafii ks. Alfreda Nadolskiego. Został 6 marca aresztowany i wywieziony do ZSRR.

„Kiedy trzeciego marca radzieckie czołgi wjechały do miasta, ktoś z wieży kościoła do nich strzelał. Potem okazało się, że to chłopcy z Hitlerjugend. Rosjanie wystrzelili kilka zapalających pocisków i wieża zaczęła się palić. Pastor niemiecki był na to przygotowany i pożar szybko ugaszono. Dużo gorzej było dwa dni później, kiedy to przez Świdwin wracali Niemcy pokonani w Połczynie Zdroju. Rosjanie im na to nie pozwolili i Świdwin zaczął płonąć. Oprócz budynku, w którym znajdował się lazaret spłonęło centrum miasta łącznie z kościołem”.

Zburzony kościół

W dalszej części artykułu burmistrz Jan Górski wspomina jak z pastorem ewangelickim rozpoczęli odgruzowywanie zniszczonego kościoła, o zawiązaniu się komitetu odbudowy. Pierwsze nabożeństwa odprawiano w przejętej kaplicy protestanckiej przy dzisiejszej ul. ks. Jerzego Popiełuszki. Nabożeństwa sprawował ks. Józef Kępka przybyły za osadnikami. Paramenty liturgiczne pochodziły z dawnej kaplicy katolickiej.

„W czerwcu 1946 roku skończyłem burmistrzowanie, założyłem firmę zbożową, sprzedawałem rolnikom cegiełki (na odbudowę kościoła, dop.Z.Cz.) a ci byli bardzo hojni. Bardzo szybko udało nam się odbudować kościół. Poświęcono go przed Bożym Narodzeniem 1947 roku”.

Później dowiedziałem się o przyczynach tak nagłego odejścia ze stanowiska burmistrza Górskiego. Po niespełna czternastu miesiącach urzędowania. Sam burmistrz niechętnie o tym wspominał. Przyczyną odejścia i późniejszych niezbyt miłych doświadczeń było – przeciwstawienie się szabrowniczym praktykom części miejscowego, czołowego aktywu milicyjno-ubeckiego i partyjnego.

Wracając do wątku przesiedleńczego: w marcu 1995 roku pisałem w Gazecie Świdwińskiej (nr 46):

Z okazji marcowej rocznicy należy również pamiętać o innych faktach historycznych dotyczących naszego grodu a dotychczas skrzętnie ukrywanych. (…) sposób w jaki dokonano wysiedlenia zamieszkałej tu od stuleci miejscowej ludności (…) którą czterema transportami kolejowymi podczas ciężkiej zimy 1945/46 wywieziono za Odrę w bydlęcych wagonach. Nie byli to żołnierze. Byli to starcy, kobiety i dzieci. W transportach zmarło 260 osób.

O liczbie zmarłych dowiedziałem się ze źródeł niemieckich. Dostało mi się wówczas od niektórych czytelników. Pytano się czy nie jestem działaczem Związku Wypędzonych. Na szczęście nie wypędzano mnie ani ze Wschodu ani z Zachodu i działaczem żadnego ziomkostwa (poza aktualnym świdwińskim) nie jestem. Po tym artykule nadszedł do redakcji Gazety list od burmistrza Górskiego, w którym napisał:

Są cienie i bolesne strony tej akcji już po wojnie, ale nie chcę w tym piśmie tego opisywać. Nie pamiętam by z transportu (…) wróciło 260 zwłok. Prawdą jest, że do tego obozu Szczecin Gumieńce na początku ostrej zimy przewożono ludność niemiecką w wagonach towarowych. Po drodze i na stacji zabierano zwłoki szczególnie dzieci i starców. To taka tragedia (…) stwierdzam, że za owoce tej akcji przesiedleńczej kierownictwo Obozu Przesiedleńczego nie było odpowiedzialne. Ja jako burmistrz nie miałem żadnych uprawień do wglądu tej akcji za wyjątkiem obowiązku wyżywienia.