Święta Bożego Narodzenia, to urokliwy i sentymentalny czas, kiedy częściej niż zazwyczaj wracamy pamięcią do lat minionych, do krainy dzieciństwa. Czas, kiedy cieszył każdy prezent z trudem zdobyty przez rodziców, w tych niełatwych powojennych czasach. Pamiętam ich wiele: książeczka ”Kwiatki Małgorzatki”, klocki z drewna, no i niezapomniane ołowiane figurki pruskich żołnierzyków w rożnych pozycjach bojowych. Najładniejsze te na koniach. Mam jeszcze jedną, trzymam ją jak najcenniejszą pamiątkę. Ojciec odlewał je w znalezionej po wojnie specjalnej formie.

Na choince bombki nie plastikowe, ale misternie wydmuchiwane z cieniutkiego jak muślin szkła. No i cieniutkie świeczki w lichtarzykach zapalane na czas śpiewania kolęd. A w spiżarni i później na stole świątecznym(nie w wigilię) prawdziwa szynka i kiełbasa, w niczym nie przypominająca tych dzisiejszych, które po kilku dniach robią się oślizłe jak skóra węgorza, ze nawet mój pies marszczy się z niesmakiem jak go częstuję.

Później Pasterka, tylko jedyna o północy… i zawsze jak pamiętam śnieg. Święta to również jeden z nielicznych okresów, kiedy najadaliśmy się do syta i smakowaliśmy pomarańcza i czekoladę. Nie było telewizji, komputera. Były wspomnienia, rozmowy i opowieści rodziców jak dawniej bywało…

Ogromnymi krokami zbliżało się Boże Narodzenie. Pierwsza niedziela Adwentu wprowadzała nowy rok kościelny. W każdej izbie pojawiała się świeca adwentowa lub małe drzewko adwentowe. Pieśnią „Otwórzcie drzwi wysoko, otwórzcie drzwi szeroko” witano symbol Adwentu.

Pierwszą świecę zapalono. Adwent to oczekiwanie na przyjście Pana. Już się zbliżał 6 grudnia, dzień św. Mikołaja. Wieczorem 5 grudnia umieszczono przed drzwiami kosodrzewinę lub talerz. W nocy święty Mąż odbywał swoją rundę i tam i ówdzie zostawiał jakieś słodycze. Po wstaniu z łóżka pierwsze kroki kierowano do tego, co wystawiono przed drzwiami. Co za niespodzianka! Tu był św. Mikołaj! W kosodrzewinie leżały słodycze jako posłańcy bliskiego już Bożego Narodzenia. Byłeś niegrzeczny, Mikołaj zostawił rózgę. To bodziec, żeby być grzecznym.

Wieczór po wieczorze przed naszym pójściem spać wędrowała kosodrzewina przed drzwi. Stale była ogromna radość, gdy rano jakiś drobiazg znajdował się w bucie. Codziennie jeden dzień był otwierany w kalendarzu adwentowym. Dni nie chciały przeskoczyć. Liczenie też nic nie dawało, po prostu nie przeskakiwały. Jeszcze musiały być przydatne. Zwłaszcza przed matką stały wyzwania. Całymi dniami mieszała ciasto, tworzyła z niego figury i umieszczała w foremkach. Kiedy wszystko było gotowe, zanosiło się do wielkich pieców piekarniczych mistrza piekarskiego Lowke, dwa domy dalej. Tam pieczono ciasta. Matki z całego sąsiedztwa tam się wymieniały przynosząc swoje ciasta. Oczarowani oglądaliśmy, my dzieci, świadectwa piekarza. Każda matka miała jakąś swoją recepturę i każda spieszyła się, aby swoje ciasta szybko upiec. Gorąco było w piekarni i pachniało różnymi przyprawami. W czasie tych przygotowań świątecznych piec piekarniczy nigdy nie stał zimny.

Gdy już ciasta sąsiedztwa były upieczone, mistrz piekarniczy przygotował własne dzieła sztuki z ciasta i wielu dodatków. Także on chciał jeszcze przed Świętami pokazać swoją ofertę. Pod jego mistrzowską ręką, przy wsparciu czeladników i uczniów, powstawały prawdziwe dzieła sztuki, cudownie piękne pieczywo. Była tych arcydzieł cała paleta, różnych i na różnorodny sposób, w różnych postaciach sporządzanych i przyprawianych, o znanych i nieznanych nazwach. Nie mówiąc o zapachu i smaku….

Jak cudowne były okna wystawowe sklepów naszego miasta! W oknach sklepowych, świątecznie ozdobionych, przedstawiali kupcy swoje towary. Ogromne choinki ze świecami stały na Rynku, na placu Cesarskim i przed Dworcem.

W sklepach z zabawkami było szczególnie pięknie. U Pinza przy ulicy Młyńskiej był świątecznie udekorowany tylny pokój. Kiedy się doń wkraczało, miało się wrażenie, że to warsztat św. Mikołaja, Jednym spojrzeniem nie można było ogarnąć wszystkiego. Listy życzeń były długie. Może je spełnić św. Mikołaj? Jak się Mikołaj do Twoich życzeń ustosunkuje? Czy jesteś już miły i grzeczny? Przyrzekano grzeczność i pozostawała nieśmiała nadzieja.

Wreszcie doczekaliśmy się. Przyszedł 24 grudnia i ferie bożonarodzeniowe. Ostatnie przygotowania zostały zakończone. Każdy przyłożył się, aby dom był godny Świąt. Już od wczesnego ranka wszyscy wzięli się gorliwie do pracy. Także czeladnicy i uczniowie w ojca warsztacie obuwniczym byli od świtu na nogach. Jeden czyścił miejsca pracy, chował narzędzia w szufladach, oliwił podłogę terpentyną. Inny oczyszczał chodnik ze świeżo spadłego śniegu. Wspólnie pozbywano się śniegu z podwórza, tak iż wszędzie był wolny dostęp suchą nogą. Także krowa matki została obmyta pod miejską pompą. Choinka przyniesiona w nocy przez św. Mikołaja została umieszczona na drewnianym stoidle, które tylko w tym celu zostało wyciągnięte gdzieś z zakamarka. Natychmiast została postawiona w głównej izbie w wykuszu okiennym. Świeży zapach drzewka napełniał całe pomieszczenie. Nastrój świąteczny udzielił się wszystkim. Prace w domu i na podwórzu zostały ukończone. Stół – to było południe – został zapraszająco ubrany. Wszyscy się przy nim zebrali. Matka ugotowała „czernicę”. Składała się z krwi kaczej, i wielu smakowitych dodatków. Sposób przyrządzenia tej „pomorskiej specjalności” był skomplikowany. Nie było przy stole nikogo, kto by nie żądał dolewki. Kiedy posiłek się skończył, każdy współpracownik otrzymał podarek. To były przede wszystkim przedmioty użytkowe, które zostały przyjęte z wdzięcznością. Z życzeniem „Szczęśliwego Bożego Narodzenia Panie Majster i Pani Majstrowa” i z życzeniami dla wszystkich domowników i silnym uściskiem dłoni ruszyli do swych domów.

Ten zwyczaj powtarzał się każdego roku, oczywiście często z innymi twarzami. Teraz rodzina była sama. To był znak dla mnie, żebym udał się do górnego pokoju, aby św. Mikołaj mógł wkroczyć. Na górze byłem pod opieką dziadków. Z nimi bezpiecznie spędziłem popołudnie. Pożerałem historie i różne opowieści z ich młodości. Dziadek Bulgrin był z tego znany, że wracał do tych samych wydarzeń. Czasem opowiadał mrożące krew w żyłach historyjki o okrutnych bandytach. Przymrużone oko i lekki uśmiech na twarzy wyraźnie dawały do zrozumienia: nie musisz w to wierzyć. Dziadek uczył mnie także sporządzania świec z wosku pszczelego i knota. Wosku pszczelego nigdy nie brakowało. Używało się go również sporządzaniu obuwia. Zapaliliśmy świece i śpiewaliśmy kolędy. Opowiadania i sporządzanie świec z wosku pszczelego skracało czas oczekiwania i odciągało moją uwagę od tego, co się dzieje na dole. A jednak od czasu do czasu słychać było stamtąd jakiś hałas. Słychać było także głośne uderzenia zamykanych czy otwieranych drzwi, chociaż normalnie nie było to dozwolone. Jednym uchem chłonąłem wszystkie te dźwięki. Wreszcie usłyszałem, jak drzwi z łomotem się otworzyły i z powrotem zamknęły. Rozległo się powłóczenie nogami po podłodze i bicie w bęben, tram-tram-tram! Równocześnie jakiś jakby grzechot na kamiennej posadzce. Pociąg się toczył? Przecież to było moje marzenie! Czyżby św. Mikołaj już przybył? Och, czas jeszcze nie nadszedł.

Jak wybawienie rozległ się głos: „Idziemy do kościoła!” A więc jeszcze nie do pokoju świątecznego. Dzwony kościoła Mariackiego wzywały na nabożeństwo wieczorne Bozego Narodzenia. Okutano mnie w ciepłe nakrycia i opuściliśmy dom. Pod naszymi stopami trzeszczał śnieg. Lodowaty wiatr uderzał w nasze twarze. W kościele siedzieli ciasno ściśnięci mieszkańcy naszego miasta. Przed ołtarzem stały dwie wielkie choinki ozdobione srebrną lametą i świeczkami. Spoglądał na nie z góry Jezus na obrazie z lilią w ręku. Każdy cech miał swoje miejsce na chórze. Cech szewców znajdował się naprzeciw ołtarza po wschodniej stronie, w kierunku zachodu. Wspięliśmy się po schodach i zajęliśmy nasze miejsce. Nastała cisza. Nagle z organów ponad nami rozbrzmiała pierwsza kolęda, śpiewana przez męski zespół muzykalny „Biesiada śpiewacza”. Dyrygent i organista to kantor Wilde, nasz nauczyciel śpiewu. Mój ojciec należał do śpiewających. Uważnie wsłuchiwałem się w pieśń. Wybijał się tenor ojca. Kiedy później miałem 10 lat, sam śpiewałem tam z góry jako liturgista.

Pod wysokimi sklepieniami odbijał się wspaniale dźwięk śpiewu i organów, jakby bramy nieba się otwarły i aniołowie przylecieli ze swymi trąbami.

Pastor Friedemann odczytał opowieść o narodzeniu Chrystusa w Betlejem. Podczas świątecznego nabożeństwa śpiewaliśmy jeszcze wiele przejmujących kolęd. Wśród nich także „Cicha noc, święta noc…”. Przy ostatnich wersetach kolędy moje myśli były już w domu. Kiedy przebrzmiały, wyruszyliśmy w drogę do domu.

Z wysokiej wieży, z dzwonnicy, rozlegał się głos trąb. Nasza ukochana kapela miejska, pod batutą jej dyrygenta Artura Zummacha, zaintonowała kilka pięknych kolęd. Daleko roznosiły się ponad dachami pokrytego śniegiem miasta cudowne dźwięki. Wiatr niósł je jeszcze dalej, ponad zaśnieżonym krajem, ponad polami, łąkami, górami,, lasami, wzgórzami, do wiosek wokół Świdwina. Z towarzyszeniem tych dźwięków tupaliśmy idąc przez Rynek, kilka kroków wzdłuż ulicy Bramy Miejskiej, skręcając w ulicę Rycerską, do naszego domu przy ulicy Środkowej (Mittelstrasse) 5. Przez zasłonięte szyby okienne można już było dostrzec w pomieszczeniu świeczki palące się na choince. Podnieceni światłami spieszyliśmy się do domu, po drodze różnym zdążającym do siebie sąsiadom życząc radosnych Świąt. Szybko uwolniliśmy się z zimowych okryć, poprawiając jeszcze raz nasze świąteczne ubrania i droga do pokoju bożonarodzeniowego stała przed nami otworem. Szybkim spojrzeniem objęty został w jednym momencie cały pokój świąteczny. W jasnym blasku świateł płonęły świeczki na choince. Ocena? Tak, tym razem była jeszcze piękniejsza niż w roku ubiegłym. Choinkę ozdabiały przeróżne owoce i słodycze krajowe i orientalne, w sreberku, w złotku, i tym podobnie, kolorowo, błyszcząco…

Pośrodku pokoju stał wielki rozłożony stół. Pokryty był ogromnym białym płótnem Okrywał on ukryte pod nim podarki. Ale pod choinką odkryłem wielki karton. Czyżby był w nim mój wymarzony pociąg? Rzeczywiście, obok starego wypolerowanego zamku z rycerzami na pieszo, wojownikami na koniach, starego konia na biegunach z prawdziwej skóry i wyglansowanym siodłem i z uzdą, tak, tam stał on, tak bardzo upragniony pociąg. Moje oczy błyszczały.

Chciałem już pędzić do tych wszystkich pięknych rzeczy i objąć je jednym spojrzeniem i bawić się nimi, ale tradycja nakazała: „Stop! Najpierw będą śpiewane kolędy!” Rozbrzmiały najpiękniejsze tony. Nikt nie żałował swojego głosu i uczucia. Tylko mój brat Max mruczał melodię. Po prostu nie umiał śpiewać. Kiedy odśpiewaliśmy wiele kolęd, odsunęła matka białe płótno ze stołu darów.

Wszyscy nań patrzyli. Zaczęło się obdarowywanie. To dla ciebie, a to zamówiłem dla ciebie u św. Mikołaja – tak przekazywali sobie wszyscy gorączkowo. Podczas gdy starsi bracia, rodzice i dziadkowie przekazywali sobie podarki, ja już od dłuższego czasu leżałem na podłodze i puszczałem w obieg kolej. Wagony towarowe załadowane były słodyczami. Jakiś transportowany obwarzanek nie miał długiego żywota. Przepadł w buzi. Poza tym panowała w pokoju cisza. Każdy siedział w swoim kąciku. I podziwiał, co mu podarowano. W międzyczasie odezwał się głód. Dzisiejsze popołudnie już się przedłużyło. A przy tym to całe podniecenie. Szybko przygotowano kolację. Co do mnie, nie miałem dużego apetytu. Słodycze zakleiły mi żołądek. Natomiast tym większy głód odczuwali ci inni, siedzący za stołem. Podano tak wiele smakowitych potraw! Krótko przed Bożym Narodzenia było jeszcze świniobicie. Wszystkie te rzeczy, które nam przygotowała nierogacizna, było teraz do smakowania. Do tego doszła jeszcze posypana ziołami pierś gęsi. A to jest specjalność pomorskiej ziemi.

Zmęczony intensywnym przeżywaniem wydarzeń dnia udałem się do łóżka… Już je ocieplił mój ogrzewacz nóg, kot. Śniłem, we śnie bawiąc się wspaniałymi zabawkami. Obudziłem się wcześnie pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia, Jeszcze nie ubrany, pospieszyłem się do zabawek.

Po śniadaniu pędem udałem się do Heinza, chłopaka z sąsiedztwa. Szybko zostało opowiedziane, co kochany Mikołaj przyniósł. Zaraz obejrzałem, co on otrzymał.

Choinka Kalliesów była całkiem inaczej ozdobiona aniżeli nasza. Błyszczały na niej jeszcze stare przedmioty, takie jakie widziałem u dziadków w Rusinowie. Pomalowane srebrem i złotem szyszki jodłowe z lasu wisiały na drzewie. Osłaniały go girlandy (łańcuchy) z barwnego papieru i słomy. Na uchwytach znajdowały się świeczki… Szybko minęły godziny przedpołudniowe. Musiałem wracać. Na popołudnie też umówiliśmy się na spotkanie. Gdy tylko uchyliłem drzwi domu, poczułem znajomy, upojny zapach. Pachniało gęsią pieczenią. Od samego rana znajdowała się w piecu. Kilka godzin musiała się piec, żeby chrupiącą podać do stołu. Kupno jej było zawsze zastrzeżone ojcu. Świeżo zabitą nabył na targu od wieśniaczki, która jeszcze inne produkty rolne swojego gospodarstwa zachwalała. Wobec gęsi świątecznej ojciec miał specjalne wymagania; miała być duża, kilka kilo i tłusta. Młodość gęsi sprawdził zrywając błonę pławną. Udało mu się to, był przecież starym weteranem. Przy zakupie trzeba było uważać, żeby nie ponieść jakiegokolwiek uszczerbku na radości przy raczeniu się pieczenią. Niektórzy rolnicy manipulowali gęsiami. Ale to były rzadkie wypadki. Tym razem był to szczęśliwy zakup. Wszystko było z gęsią w porządku. Mama wyczarowała z niej, jak zwykle, smakołyk. Po południu, po śnie dla lepszego trawienia, zgodnie z umową zebraliśmy się, dzieci sąsiedztwa, chłopcy i dziewczęta, u Kalliesów. Ubrania były świąteczne.

Szczególnie pięknie wystroiły się dziewczyny. Kiedy bawiliśmy się zagrodą wiejską z jej inwentarzem, którą Heinz otrzymał jako podarek świąteczny, dziewczęta wypróbowywały już sztukę kucharską na przyniesionych przez siebie kuchenkach zabawkowych. Małe próbki potraw przygotowały dla każdego z nas. Smakowaliśmy te specjały pozwalając małym damom rozpieszczać nas. Ten pierwszy dzień Bożego Narodzenia upłynął o wiele za szybko. Kiedy wróciłem do domu, kolacja byłą już gotowa. Wiele kuszących smakołyków znajdowało się już na stole. Pilnie dokładano sobie nowe porcje. Nie każdego dnia był taki wielki wybór cudownie smakujących potraw. Święta to zawsze wyjątek.

Po kolacji zjawili się przyjaciele moich trzech starszych braci. Nas było ośmioro. Z gośćmi czasem czternaścioro. Radośnie otaczaliśmy rozłożony stół. Dwie różne talie do gry w karty zostały przyniesione. Wylosowano tę do gry „loterię”. Jeden z graczy, zgodnie z regułami objął bank. Grano według utartych reguł. Gra była fascynująca, pełna zwrotów i niespodzianek. Radość zwycięzcy była ogromna. Najczęściej przegrywał nasz ojciec, także przy innych grach. Dzisiaj sądzę, że to był jego świadomy zamiar: przegrywać na naszą korzyść. „Dzięki, kochany ojcze!”. Około godziny dwunastej, w godzinie duchów, o północy, następowało rozwiązanie spotkania przy stole. Pierwszy dzień Bożego Narodzenia znalazł piękne ukoronowanie w towarzyskim spotkaniu dwóch pokoleń. Wspomnieć jeszcze należy, że ja normalnie już o godzinie ósmej musiałem iść do łóżka, ale dni świąteczne stanowiły wyjątek. Goście opuścili nasz dom, a my poszliśmy spać.

Drugi dzień Świąt był spokojniejszy. Teraz poszli moi starsi bracia do swoich przyjaciół. Ojciec, matka i ja od razu po obiedzie wyszliśmy z domu. Ciepło ubrani ruszyliśmy na długi spacer pieszy. Naszym celem były odwiedziny rodzeństwa Barz. Jak moja pamięć sięga, każdego drugiego dnia świątecznego spełnialiśmy tę usługę. Rodzeństwo Barz, dwaj bracia i jedna siostra, Wilhelm najstarszy, Karol trochę młodszy i siostra Emma, byli właścicielami Dóbr Rycerskich położonych około siedmiu kilometrów za miastem. Te Dobra należały do rycerstwa świdwińskiego zamku, gdy miasto otaczały jeszcze mury obronne. Z tym spacerem nie kończyły się Święta. Trzeci dzień to wizyta siostry naszej babci Bulgrin, cioci Anny z domu Pray.

Kiedy Boże Narodzenie minęło, nadeszło kilka dni roboczych. Popołudnie Sylwestra zapowiadało właśnie zmianę roku. Pod wieczór mieliśmy znowu dom pełen gości. Wszyscy, którzy byli u nas w pierwszy dzień Świąt, znaleźli się u nas znowu. Gry różnego rodzaju zostały zainicjowane. Specjalnych na tę okazję smakołyków nie zabrakło. Małe bomby stołowe przyniesiono do eksplozji, czyli do psotów i żartów. Wyskakiwały z nich przedziwne smakołyki. Były to różne ciastka (arcydzieła matki) i inne potrawy, które także „zaskakiwały” niektórych biesiadników, co innym sprawiało uciechę. Wino domowej produkcji podgrzewało atmosferę. Składano sobie wiele życzeń.

Z dzwonnicy naszego kościoła mariackiego rozległ się dźwięk trąb. Melodie znanych pięknych pieśni obijały się o nasze uszy. Wszystkie cztery dzwony zwiastowały Nowy Rok. Wzajemnie życzyli sobie wszyscy, wymieniając pocałunki, pogodnego, zdrowego, szczęśliwego roku nowego. Znowu dano nam rok, długi rok, aby podobnie jak poprzedni wypełnić go życiem.