Wspomnienia znalezione na stronie internetowej Der Kreis Belgard-Schivelbein in Pommern dla mnie mają niezwykły urok i tajemniczą aurę. Przypominają własne dzieciństwo, bez telewizora, komputera, ale z książką czytaną przy kaflowym piecu, opowieściami rodziców i dziadków z ich dzieciństwa, opowiadanymi i czytanymi bajkami. Były to czasy, kiedy trudno było nas zagonić wieczorem do domu. Teraz odwrotnie, trudniej wygonić – bo komputer.

Rega przy moście zimą

Miasto przykryte czapami śniegu możemy oglądać tylko na starych zdjęciach a Rega czasami zamarza na krótko, ale nie przy Zamku.

Stół był uboższy, w domu czasami zimno, ale zawsze bezpiecznie. Był to szczęśliwy czas, nie tylko w okresie zimy i Bożego Narodzenia.

Autor wspomnień Urlich Bulgrin urodził się w lutym 1921 r. w rodzinie mistrza szewskiego. Warsztat i mieszkanie mieściło się przy Mittelstrasse 5, dzisiejsza ulica Łączna.


Ze świętem dziękczynienia za zbiory w kościołach i zakończeniem zajęć rolniczych kończyła się ciężka praca chłopów w polu. Ludność wiejska zaczynała żyć spokojniej. Jednak nie było jeszcze pełnego wypoczynku – trzeba było przygotować na zimę to, co zebrano w polu. Wkrótce przyjdzie mróz. Ponieważ w czasach mojej młodości na Pomorzu mróz i śnieg nawiedzały nas wcześnie, żeby się przed nimi ustrzec wiele prac musiało być wykonanych w gospodarstwie.

Stodoły, przechowalnie ziemniaków, piwnice na zapasy, stajnie, obory dla bydła, wszystko musiało być przygotowane na zimę. Wiązkami snopów słomy, worami pełnymi siana, zabezpieczano okna i drzwi piwnic i stajni. W lesie, gdzie ułożone były sągi pociętego drzewa, nabywali mieszczanie drewno do opalania wielkich pieców kaflowych i pieców kuchennych. Trzeba było ściągnąć je z lasu. Ojciec kupił w miejskim lesie około 20 kubików drewna. Była tam brzezina, dębina, buczyna i przede wszystkim okrąglaki – bo taniej. Nasz sąsiad, właściciel rolny Kath, przywoził nam nabyte drewno pod drzwi domu. Tak dorabiał sobie, kiedy praca w polu była już niemożliwa. Długie na metr kłody i okrąglaki dźwigano przez sień i układano w podwórzu na stos. Jak tylko czas pozwalał i praca w warsztacie mogła być przerwana, brano się do cięcia drzewa piłą i toporem. Gotowe do pieca polana ładowano w kosze i za pomocą wielokrążka transportowano do drewutni. Tam warstwami układano wilgotne jeszcze drewno do wysuszenia zważając by było należycie oddzielone od suchego zeszłorocznego. Tylko suche drewno służyło ogrzewaniu. Wiele chętnych rąk wykonywało prace. Kiedy to dzieło było ukończone, twarze jaśniały radością.

Pierwsza środa listopada to był doroczny dzień targowy. Z daleka i blisko przybywali kupcy oferowali najróżnorodniejsze towary na sprzedaż. Cóż tam było do zdobycia! Postawiono specjalnie budy, kramy i stragany zajmowały cały Rynek. A nawet ulica Kościelna (Niedziałkowskiego przy kościele), ulica Bramy Miejskiej (1 Maja) i Młyńska (Niedziałkowskiego od Rynku do przejazdu na Szczecińskiej), jak również małe boczne uliczki, zajęte były straganami kupców. Na sprzedaż wystawiono wszystko, co było potrzebne w codziennym utrzymaniu domu i co musiało wystarczyć na całą zimę. Kapusty czerwone i białe, cebula kupowane przez matki składowano w piwnicach. Obuwie, pakunki, także gotowe produkty oferowali inni sprzedawcy. Nam dzieciom imponowały najbardziej łakocie oraz nowe zabawki. Szczególnymi specjałami wśród słodyczy były pomorskie Plastersteine (placki ze śliwkami). Przyciągały oczy. Ale z trudem zarobione przy cięciu drzewa i sprzątaniu ulicy kieszonkowe nie pozwalało na ich zakup. Trzeba było wybierać co kupić. Czasem wystarczało pogadanie o tym, co się widziało, i przeżywanie tego jednorazowego dorocznego targu. Niestety kończył się zbyt szybko. Pozostawało piękne wspomnienie. Prace w domu i lekcje w szkole, rodziców w gospodarstwie i na polu ,oznaczały powrót do codzienności.

Atrakcją następnego dnia była wymiana z kolegami szkolnymi niektórych zdobytych w przeddzień przedmiotów. Zabawki, jeszcze wczoraj upragnione, a dziś już niepotrzebne, stawały się przedmiotem wymiany. Szczególnie chętny do wymieniania był mój kolega szkolny Rudi Schmechel. On miał zawsze zabawki z felerem. Drogą wymiany nabyłem dla mojego zamku rycerskiego tekturowych żołnierzy. Tacy byliśmy wtedy my młodzi.

Wkrótce bliskość Adwentu zniewoliła nas swoim czarem. Dni stawały się jeszcze krótsze. O godz. 16,00 już się ściemniało. O tej porze zbieraliśmy się przy rodzicach i dziadkach i chłonęliśmy wspomnienia z ich młodości. Wielkie piece kaflowe dawały rozkoszne ciepło. Migotanie ognia w piecu wywoływało upiory i zabarwiało czasem wystraszone twarze. Na blasze pieca smażyły się jabłka. Ich zapach przenikał nie tylko izbę – w całym domu roznosiła się ich smakowita woń; kiedy już były upieczone, jedliśmy je mlaskając. Następnie przynoszono worek lniany pełny kasztanów. Po godzinach nagrzewania kładziono go do łóżka, aby je ocieplić przed snem.

Wiele szarych godzin spędzałem także u naszych sąsiadów z naprzeciwka. U Kalliesów były spotkania dzieciaków z sąsiedztwa. Dziewczyny i chłopcy sadowili się wokół kaflowego pieca i z otwartymi ustami słuchali fascynujących opowieści, którymi raczyła nas ukochana pani Kallise. Wiele niezapomnianych godzin przeżyliśmy w te popołudnia, do których chętnie wracam myślą. Ciągle na nowo w długie zimowe popołudnia cisnęliśmy się do gorącego pieca, kiedy na zewnątrz wiało lub śnieżyło. Tajemniczo zaglądał księżyc do środka i podbarwiał opowieści pani Kallies, matka Heinza Traudcherna. Niektóre z jej gawęd przejmowały nas lekkim dreszczem i tym bardziej wzmagało zainteresowanie. Niedziela zmarłych stała już u drzwi. Cmentarze, na których panuje wieczny spokój, musiały na ten dzień być szczególnie zabezpieczone na zimę i udekorowane. Wzgórza cmentarne były obłożone zielenią jodły, aby bluszcz nie zamarzł.

Często już w niedzielę zmarłych panował dojmujący chłód.. Zbiorniki wodne, włącznie z Bukowcem, pokryte były pokrywą lodową i zachęcały do ślizgania się na łyżwach. To była zawsze niebiańska rokosz. Co latem tylko w tęsknocie mogliśmy odkrywać, ukryte kąty i zakręty do pokonania na łyżwach, teraz wszystko to było pod lodem dla nas. Ślizgaliśmy się po mistrzowsku, w różnych pozycjach ciała, po Redze. Kilometrami, z prędkością wiatru, odbywała się taka żwawa gonitwa Uwodząco trzeszczała i poruszała się pokrywa lodowa tam, gdzie były wiry wodne Trzeba było mieć zawsze w pamięci poemat o chłopczyku, pod którym lód się załamał, trzeba go było mieć w pamięci zawsze, kiedy kusiło wypróbowywanie niebezpiecznych piruetów.

Gdy czasem śnieg dłużej potrzymał, radość była powszechna. Nie tylko dzieci miały uciechę dzięki nartom czy łyżwom, także dorośli ulegali zimowemu szaleństwu, szczególnie ludność wiejska cieszyła się opadami śniegu. Szybko wyciągano sanie, zaprzęgano konie i przy dźwiękach dzwoneczków ruszano do naszego miasta, aby dokonać potrzebnych sprawunków. My młodzi korzystaliśmy z okazji, aby wspiąć się na tył sań i tak przez kilka przecznic brawurowo przejechać. Nie każdy woźnica chętnie patrzył na tych nieproszonych gości. Mogli bowiem spaść i pokaleczyć się. Za pomocą bata pozbywano się niepożądanych współpasażerów. Piękny tor saneczkowy zachęcał do sportów zimowych. Zawsze ciepło ubrani wspinaliśmy się na najwyższe wzniesienia. Ciągle na nowo zimowych, ruszaliśmy z klasą szkolną do zimowego lasu. wspinaliśmy się aż na szczyt i pędem zjeżdżaliśmy stromo w dół. Az do zapadnięcia ciemności. Czasem kontynuowaliśmy jazdę także w ciemnościach. Lampka kieszonkowa pokazywała jadących z naprzeciwka i wskazywała właściwy kierunek

To był ostatni zjazd. Wracało się do domu. Jaki piękny był ten zimowy dzień! Póki byliśmy w ruchu, nie czuliśmy w rękach zimna.

Dopiero w gorącym pomieszczeniu, kiedy ciepło je ogrzało, paliły i swędziały, tak iż przestępowaliśmy z nogi na nogę. Szybko przyniesiono łopatę śniegu z dworu do izby, ręce zanurzało się w śniegu i przychodziła ulga. Cudowności minionego dnia pozwalały zapomnieć o bólu. Następnego dnia – gra się powtarzała. Kiedyś mieliśmy wiele takich pięknych dni.