Pana Ludwika Gierka znałem od zawsze. Charakterystyczna postać w pejzażu naszego miasta. Krótko byliśmy sąsiadami, gdy mieszkałem przy Nowomiejskiej.

Pan Ludwik Gierka

Wysoki, krzepki, zawsze lekko uśmiechnięty, z charakterystyczny dźwięcznym głosem. Sylwetka sportowca. Wiedziałem, że był w czasie wojny marynarzem. Nigdy nie epatował swoimi wojennymi przeżyciami – wolał rozmawiać o sporcie, szczególnie tym lokalnym którego był pasjonatem.

Urodził się w Niemczech w 1917 roku, gdzie rodzice wyjechali za chlebem. Ojciec pracował w kopalni. Gdy wybucha Powstanie Wielkopolskie ojciec z pobudek patriotycznych, wraz z rodziną wraca i bierze w nim udział. Mieszkają w Obornikach, gdzie pan Ludwik kończy gimnazjum a następnie szkołę rzemieślniczo przemysłową.

Uprawia wiele dziedzin sportu, lecz najbardziej pasjonuje się wodnymi: wioślarstwo, pływanie, żeglarstwo. Uprawia również biegi. Ma ku temu warunki, wysoki, silny i dobrze zbudowany. Jest oddanym harcerzem, ma wszystkie harcerskie specjalności wodniackie – wioślarza, żeglarza, ratownika, sanitariusza i wiele innych. Z tych solidnie zdobytych specjalności potrafił korzystać w czasie służby na morzach i oceanach podczas wojny. Ma 17 lat, gdy otrzymuje pierwsze w życiu odznaczenie: „Medal za Ratowanie Ginących” przyznaje mu Minister Spraw Wewnętrznych. Dokonał rzeczy niebywałej. Pływając kajakiem po Warcie uratował czwórkę dzieciaków, których porwał silny nurt rzeki. Innym razem wyciągnął na brzeg topiących się letników, Uratował ojca z synem ryzykownym skokiem z mostu na Warcie, gdy już wszyscy stracili nadzieję. W sumie uratował 14 tonących.

Przed wojskiem w 1936 r. odbywa praktykę w stoczni marynarki wojennej, w następnym roku zostaje powołany do służby wojskowej w Pińsku, później Gdynia. Pod koniec maja 1939 roku odbywa swój ostatni jak sądzi rejs szkoleniowy na ORP „Wilii” do Casablanki. Miała nastąpić wymiana podchorążych z ORP Iskra. Tam dowiedział się o wybuchu wojny. W głowie kłębią się myśli, strach o bliskich, co będzie z Polską? Nie boi się o siebie, ma niewiele ponad 20 lat, chce walczyć. Szuka okazji dostania się do kraju. Po trzech tygodniach oczekiwania załogi okrętów szkolnych „Wilii” i „Iskry” zostają przetransportowane do Francji, później do Anglii, gdzie powstawały polskie oddziały marynarki wojennej. Krótko pracuje na pasażerze s/s „Kościuszko”. W połowie kwietnia 1940 roku zostaje wysłany na Maltę na kontrtorpedowiec ORP Garland, przekazany Polsce przez Brytyjczyków.

3 maja 1940 uroczyste przekazanie jednostki Polskiej Marynarce Wojennej. Okręt zachowuje miano ze względów kurtuazyjnych. „Garland” znaczy „wieniec”, ,,laur”. Dewizą „Garlanda” było „Qui meruit – ferrat”, czyli „Kto zasłużył ten nosi”.

Pan Ludwik jako marynarz

Rozpoczyna się epopeja wojenna pana Ludwika, zakończy ją w maju 1945 roku w porcie Plymouth, gdzie wspólnie z Aliantami bierze udział wraz z załogą bohaterskiego „Garlanda” w Paradzie Zwycięstwa. Brytyjczycy oparli się sugestiom sowieckim, aby z niej wykluczyć Polaków.

Nie sposób opisać w tak krótkim tekście całej historii wojennej słynnego „Garlanda” wszystkich eskort, konwojów, bitew, patroli, ratowania rozbitków, odpierania ataków samolotowych i łodzi podwodnych, bombardowań itp. Chciałbym bardziej skupić się na osobie naszego bohatera i dlatego jego „szlak bojowy” zmuszony jestem opisać w olbrzymim skrócie.

Rok 1940, eskortują statki handlowe na Morzu Śródziemnym, prowadzą konwoje na Maltę i Gibraltar do Aleksandrii, Port Saidu i Famagusty. Walczą z silną flotą włoską. Eskortują s/s „Warszawę” przewożącą ochotników do Brygady Karpackiej. Zbombardowani przez lotnictwo włoskie, na holu zawijają do Gibraltaru. Osłaniając konwój do Anglii, uszkadzają niemiecki okręt podwodny bombami głębinowymi. Kursują w konwojach po Atlantyku, kilkakrotnie przejmując ich dowództwo. W 1941 roku kontynuują służbę eskortową statków handlowych, osłonę dużych okrętów na wschodnim Atlantyku. Biorą udział w operacji Halbert – prowadzą duży konwój na Maltę. Ratują rozbitków ze storpedowanych statków.

W maju 1942 roku skierowani zostają do osłony konwoju o kryptonimie PQ 16, udającego się do radzieckich portów. Osłaniają 35 statków, w eskorcie 5 niszczycieli i 4 korwet. Był to najtrudniejsza i najbardziej krwawa operacja.

Tak ją wspominał pan Ludwik:

Po dwóch dniach rejsu na horyzoncie pojawił się niemiecki samolot wywiadowczy, krążąc wokół konwoju […], po paru godzinach nadlatywał zmiennik i taki do końca konwoju. […] W dniu 26 maja nadleciało 14 Junkersów zrzucając na konwój bomby, na szczęście nie wyrządzając żadnych szkód. Jeden samolot został zniszczony przez naszą artylerię. […] 27 maja, czwarty poranek ataków […] z powietrza i okrętów podwodnych, zostaliśmy okrążeni przez Junkersy i Heinkle zrzucające dziesiątki bomb, fontanny wody unosiły się w powietrze […] Następna eskadra skierowała się w kierunku naszego okrętu. […] W tym momencie usłyszeliśmy przeraźliwy świst lecących bomb prosto na nasz okręt […] Olbrzymia ściana dymu i wody zasłoniła korwetę, konwój i cały świat. Koniec pomyślałem… Słychać jedynie jęk rannych […] byli zabici. […] Ranni zostają znoszeni do mesy oficerskiej, gdzie lekarz okrętowy […] bez przerwy, przez 32 godziny operuje rannych i zakłada opatrunki.

Pan Ludwik niesie do kajuty ciężko rannego, zalanego krwią swojego przyjaciela marynarza Bombę. Ten oczekując na swoją kolej pisze na ścianie własną krwią:

Polsko, jak słodko umierać dla Ciebie!

Komentując to wydarzenie emigracyjny dziennik „Nowa Myśl Polska” napisał:

W słowach tych próżno doszukać się cienia pretensji, przekonania o bezcelowości własnego cierpienia, świadomości zmarnowanego życia i osobistej klęski. Jest to wyznanie żołnierza, który spełnił swój obowiązek, głęboko wierzącego w sens poniesionej ofiary. Nie możemy powątpiewać w szczerość tej deklaracji […]. Przyjaciel przeżył. Przydała się naszemu bohaterowi zdobyta w harcerstwie specjalność sanitariusza. Pomagał lekarzowi okrętowemu ppor. Wilhelmowi Ząbroniowi w operacjach, zabiegach, opiekował się rannymi kolegami. Brytyjskich dowódca biorący udział w konwoju powiedział: „Widziałem ze swego pomostu jak ściana dymu i wody zasłoniła Garlanda. Szkoda ludzi i okrętu. Z Polakami już koniec powiedziałem do swoich oficerów … a tu z poza ściany dymu, wody i ognia wyskoczył Garland, strzelając z dział i broni maszynowej. Zaimponowaliście nam”. Poległo 25 marynarzy, 46 rannych. Na 145 osobową załogę były to straty znaczne. Rozbite działa, brak leków i opatrunków. Okręt ma ponad 500 przestrzelin. Zdecydowano odłączyć się od konwoju i jak najszybciej dotrzeć do Murmańska. Aby otrzymać zgodę muszą podejść na odległość głosu do komandorskiego okrętu „Ashanti” bowiem sygnaliści zostali ranni, część poległa. Przez megafon oficer łącznikowy woła: „Dowódca Garlanda pyta, czy możemy oddalić się od konwoju i pójść wprost do Murmańska? Wielu ludzi dałoby się uratować”. W odpowiedzi usłyszeli: ”Możecie odejść. Pozdrawiam waleczny okręt ORP Garland”. Usłyszano ostry gwizdek, załoga brytyjskiego kontrtorpedowca stanęła na baczność. Komandor i jego oficerowie oddawali honory. Dzięki tej decyzji prawie wszyscy ciężko ranni marynarze zostali uratowani w Murmańsku. Byli pierwszym polskim okrętem, który po 17 września 1939 roku zawinął do radzieckiego portu. Nie zgodzono się na pochowanie poległych we wspólnym grobie, urządzono im pogrzeb zgodnie z ceremoniałem morskim. Z uszkodzonego Garlanda trumny przeniesiono na brytyjski trałowiec, który wraz z delegacją marynarzy z Garlanda wypłynął na morski cmentarz. Tak te chwile wspomina pan Ludwik, który w plutonie honorowym towarzyszył zmarłym kolegom: „Załoga okrętu uszeregowana na lewej burcie, bandery Polska i Brytyjska opuszczone do połowy masztów. Okręt powoli ruszył do Zatoki Kolskiej, […] byliśmy na pełnym morzu, zatrzymano maszyny. Odmówiono modlitwę i przy salwach honorowych, po dwie trumny zsuwano do morza. Gardło ściśnięte, łzy w oczach, nie można było wydobyć słowa. Pochowano kolegów w tym niegościnnym, lodowatym morzu.

Po prowizorycznych naprawach kurs na Anglię i po remoncie powrót do służby i walki. W lipcu wizytuje okręt Naczelny Wódz gen. Sikorski, który w uznaniu zasług w obronie konwoju PQ-16 osobiście dekoruje załogę wysokimi odznaczeniami. Wśród nich jest i pan Ludwik, który otrzymuje Krzyż Walecznych. W 1943 roku eskortują statki na Wyspy Azorskie i Bliski Wschód. W następnym roku płyną między innymi do Wysp Wniebowstąpienia, po raz pierwszy przecinają równik. Później wody śródziemnomorskie. We wrześniu zatapiają niemiecki okręt podwodny U- 407. Ostatnią ważną operacją Garlanda jest „Manna” – aliancki desant na wybrzeża Grecji.

Każdy dzień rejsu to odpieranie ataków, wypatrywanie wroga, ciągłe napięcie, strach i zagrożenie życia. Nasz bohater na swoim okręcie przebył 217 tysięcy mil morskich, patrolował niezliczoną ilość razy Atlantyk w warunkach największego zagrożenia bojowego, brał udział w ponad10 konwojach. Na początku 45 roku awansuje na bosmanmata, jest szefem trzech kotłowni i kierownikiem wachty bojowej.

Koniec wojny zastaje go w Plymouth. Bierze udział w zwycięskiej defiladzie, w lipcu leczy nadwątlone zdrowie w ośrodku Marynarki Wojennej i zastanawia się, – co teraz?

Powrót do kraju odradzają mu przełożeni i koledzy. Nawiązuje kontakt listowny z rodziną w kraju. Postanawia wracać – jest jedynym marynarzem wśród 2,5 tysiąca piechurów, który na statku „Sobieski” 18 lipca 1946 roku po siedmiu latach tułaczki wpłynął do gdańskiego partu. Nie zdążył przywitać się z oczekującym ojcem i siostrą Heleną. Wolna Ojczyzna, za którą tak tęsknił i o którą walczył – przywitała go drutami poniemieckiego obozu. Po pewnym okresie zostaje zwolniony. Rodzinne Oborniki, dom, bliscy, szczęście. Święto Odrodzenia Polski 22 Lipca, Harcerze poprosili swojego przedwojennego drużynowego, aby szedł z nimi. Radosny przemarsz ulicami miasta, wśród harcerzy pan Ludwik w bat tle dressie. Nagle zimny prysznic. Słyszy okrzyki: „Andersowcy to faszyści”. Ja faszystą? Przecież z nimi walczyłem. Przykro. Zrujnowany kraj potrzeba fachowców, nie powinno być kłopotów ze znalezieniem pracy. Niestety, z takim życiorysem nie chciała go zatrudnić żadna stocznia. Pomaga rodzina. W 1947 roku daleki krewny załatwia mu pracę w połczyńskim browarze, z czasem zostaje dyplomowanym piwowarem. Poznaje Wandę Troczyńską, biorą ślub, na świat przychodzi córka Krystyna. W 1951 roku oddelegowany do Świdwina, uruchamia Rozlewnię Piwa i Wód Gazowanych. Kieruje nią przez 10 lat, później kierownicze stanowisko w Octowni. Na emeryturę odchodzi w 1977 r.

Przez całe powojnie jest zapalonym społecznikiem, działa w organizacji kombatanckiej, później sekretarzuje miejscowemu Związkowi Kombatantów Polskich i Byłych Więźniów Politycznych, przez dwie kadencje jest radnym ówczesnej Rady Narodowej. Jednak najwięcej serca oddał swojej ukochanej piłce nożnej. Od początku lat 50 jest działaczem świdwińskiego, legendarnego „Kolejarza”, później „Regi” i „Spójni”. Prezesuje, jest członkiem zarządu kolejnych klubów. Pamiętam jak na mecze „Kolejarza” w latach 50 przychodził cały niemal Świdwin. Kiedyś, będąc jeszcze brzdącem próbowałem wejść przez dziurę w ogrodzeniu. Dużo się napracowałem, ale po przejściu wpadłem ja i moje uszy w ręce pana Ludwika Po wymierzonych pieszczotach (do których przywykłem w szkole) pozwolił zostać na stadionie. Innym razem pamiętam uwiązanego na krótkiej lince do bramki w roli jej obrońcy. Był to mecz – widowisko na wesoło. Grali działacze, starsi już panowie. Stadion rżał z uciechy.

W latach 90 zostaje mianowany porucznikiem Wojska Polskiego. Posiadał wiele odznaczeń wojennych i kombatanckich. Oprócz Krzyża Walecznych i Medalu za ratowanie ginących, otrzymał Krzyż Kawalerski OOP, Krzyż Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie za Bitwy Morskie i Konwoje, Poczwórny Medal Morski, Medal za Udział w Wojnie Obronnej 1939, Medal Zwycięstwa i Wolności i wiele innych medali i odznak honorowych. Bardzo sobie cenił te „sportowe” – Złotą Odznakę Sportu i Kultury Fizycznej, Złotą Odznakę Działacza Zasłużonego Działacza Piłki Nożnej. Posiada również tytuł Zasłużony dla Miasta Świdwina.

Załoga Garlanda

Im bardziej zagłębiałem się w niezwykłą historię Garlanda, poznawałem koleje życia pana Ludwika, nie mogłem pojąć, że człowiek z takim bagażem doświadczeń nie został zgorzkniałym kombatantem. Życie poświęcił Polsce, nie żądał za to przywilejów ani gratyfikacji finansowych jak to się niektórym najnowszym „kombatantom” zdarza. Harcerz, żołnierz, społecznik w tym starym szlachetnym tych słów znaczeniu. Czekam na decyzję władz samorządowych o nadaniu tytułu Honorowego Obywatela Świdwina. Dobrze byłoby, aby świdwińscy harcerze zachowali pamięć o swoim starszym druhu drużynowym. i pamiętali o jego miejscu wiecznego spoczynku.

Pan Ludwik Gierka zmarł 20 stycznia 2007 roku i został pochowany na świdwińskim starym cmentarzu.

Panu Franciszkowi Paszelowi zięciowi naszego bohatera dziękuję za okazaną pomoc w opracowaniu materiału.