Górka Pocztowa, urokliwe miejsce mojego dzieciństwa: niezapomnianych zimowych sań i letnich widoków. Miasto się zmieniło, górka niestety też (Litografia z 1844 r.)

W książce „Der Kreis Belgard Schivelbein” natrafiłem na krótki tekst z 1928 r. prof.dr. A. Hassa pod zagadkowym tytułem „Świdwińskie przekomarzania” /Schivelbeiner Ortsneckereien/. Są to dowcipne, lekko złośliwe historyjki na temat miasta i okolicznych miejscowości oraz ich mieszkańców.

W wspominanym tekście Hass pisze, że nazwę miasta Schivelbein zawdzięczamy ludowemu dowcipowi. Coś w tym jest, bo i teraz niektórzy twierdzą, że współczesna nazwa miasta też z dowcipu pochodzi i prawidłowo powinna brzmieć „Świtwin”, bo jak działała jeszcze nieodżałowana winiarnia to od świtu można było szlachetnym z jabłek winem się delektować.

Tekst ten uzupełniłem o kilka znalezionych w przedwojennych kronikach miasta ciekawostek i Pitavalów.


Bitwa o krowę z 1469 r. to historia znana, co roku przypominana w formie zabawowej, choć jej uczestnikom sprzed wieków zabawy nie przypominała. Dla wielu skończyło się odejściem na łono Abrahama. Na otarcie łez wdowom zaproponowano by poślubiły swoich parobków. Podejrzewam, ze wielu paniom łzy szybko obeschły.

W 1572 roku świdwinianka Katarzyna z zawodu służąca a z zamiłowania złodziejka włamała się nocą do Ratusza i ukradła cały zebrany podatek. Po kilku tygodniach sprytną Kasię zatrzymano, forsę odzyskano, ale delikwentka oczekująca na proces pod strażą zbiegła, i ślad po niej zaginął.

1 maja 1616 roku dochodzi do kłótni pomiędzy pastorami z Oparzna i Rusinowa. Rusinowski krewki duchowny Jakub Terlach zadaje cios nożem pastorowi Lubkie z Oparzna i skutecznie odsyła go w zaświaty. Co było przyczyną tragedii kroniki nie podają. Winowajca został skazany na śmierć i ścięty toporem na świdwińskim rynku w lutym 1617 r. W kronice odnotowano, ze szedł na śmierć „z niebywałą odwagą śpiewając wysokim głosem”.

Podczas posługi w mariackim kościele pastora Mulkopfa , pomiędzy nim a magistratem wojna. Chodziło m.in. o częstotliwość sprawowanych nabożeństw, bałagan w kościele. Magistrat śle skargę do władzy zwierzchniej , w odpowiedzi przełożeni pastora informują magistrat i obwinionego o wydanych zaleceniach. Pastor ma zaprzestać swoich wystąpień przeciwko magistratowi, regularnie odprawiać nabożeństwa cotygodniowe i wieczorne, a jego pies nie powinien biegać luzem po kościele. Przypominano mu również, że przy obsadzaniu kolegium szkolnego nie ma głosu decydującego i nie może składać sprzeciwu wobec wyłonionych kandydatur. Nie rozstrzygnięto sprawy bijatyki pastora z diakonem, zażądano od magistratu dodatkowych wyjaśnień. A było to w roku 1673.

W 1697 roku zostaje spalona na stosie w Oparznie mieszkanka wsi o nazwisku Zietlow. Prawdopodobnie była chora psychicznie i dlatego – co było częste w tamtych czasach, podejrzewano ją o czary i konszachty z diabłem. Dzisiaj takie przypadki zdarzają się w polityce, ale na szczęście stosy nie płoną.

Członek landwery, militarnej organizacji coś na kształt dzisiejszych wojsk obrony terytorialnej, świdwiński szewc Conrad Gottlieb wywołał panikę w mieście twierdząc, że Polacy chcą napaść i złupić miasto. Kolega po fachu szewc Schulz podczas w trybie pilnym zwołanej zbiórki nabijał strzelbę tak niefortunnie, że stempel do nabijania ranił panikarza, który po kilku dniach zmarł. Działo się to w maju 1848 roku.

W styczniu 1886 roku w restauracji Meullera wywiązała się kłótnia pomiędzy dwoma dżentelmenami. Postanowili sprawę rozstrzygnąć honorowo w pojedynku na pistolety. Miejscem pojedynku był las pod Białogardem. Pojedynek zakończył się bezkrwawo.

Również w pejzażu powojennego Świdwina było wiele ciekawych postaci i wydarzeń wartych odrębnego tekstu. Przytoczę trzy.

Pan K. w przeszłości właściciel dużego i dobrze prosperującego gospodarstwa rolnego podczas akcji rozkułaczania na początku lat 50-tych, z dnia na dzień stał się wrogiem klasowym „ludu pracującego miast i wsi”. Pan K. zaczął topić swoje troski w gorzałce, gospodarstwo podupadło ale on sam jak mógł, tak odpłacał władzy ludowej za swoje niepowodzenia. Podczas pochodu 1 Maja idąc w tłumnie, przed trybuną krzyczał: „Precz z peperowcami”. Zatrzymywany przez milicję tłumaczył się, że krzyczał „precz z pijakami”. Do legendy przeszło jego biesiadowanie z koniem w restauracji Sobczaka „Pod strzechą” (obecnie budynek OSiR). Stawiał koniowi piwo sobie setę mrucząc: „koń też człowiek i wypić musi”. O tym i wielu innych wydarzeniach z pierwszych lat opowiadał mi burmistrz Franciszek Paszel. Był z kolegą świadkiem biesiady pana K. z koniem.

W rewirze pewnego milicjanta nagminnie dochodziło do kradzieży królików. Dzielnicowy za punkt honoru postawił sobie zadanie ujęcia sprawcy. Objeżdżał rowerem podwórka, zaglądał do piwnic i komórek, i nic. Aż pewnego dnia dyżurny komisariatu informuje go, ze na ulicy tej i tej, pod numerem tym i tym w piwnicy znajduje się stadko królików prawdopodobnie z kradzieży. Początkowo uradowany, nagle zauważa, że to jego ulica, dom i piwnica tylko króliki obce, co stwierdza na miejscu. Złodziejaszki się zemścili na sumiennym dzielnicowym a koledzy mieli ubaw.

Z perspektywy czasu zabawne, ale wówczas bohaterowi wydarzenia do śmiechu nie było. Tuż po wojnie znany świdwiński krawiec odczuwający dotkliwy brak materiałów do pracy odkrył na naszym Zamku spory skład flag hitlerowskich. Potraktował to jako lup wojenny – idealny na podszewki. Niestety, jakiś gorący patriota, taki dzisiejszy sygnalista doniósł odpowiednim organom i nasz krawiec został aresztowany pod zarzutem szerzenia propagandy nazistowskiej. Na szczęście w organach znalazł się ktoś mniej patriotyczny i złoczyńcę zwolnił. O wydarzeniu tym opowiadał mi pierwszy powojenny burmistrz miasta pan Jan Górski w trakcie obchodów 700-lecia miasta.

Most na Redze

Skłonność do wyśmiewania, okazyjnego przekomarzania i dowcipkowania na temat sąsiedzkich obyczajów i przyzwyczajeń, które odbiegają od tego, co przyjęte i utarte, jest stara jak świat i znana już była naszym przodkom. Już ze średniowiecza znane nam są liczne tego przykłady, także z naszej pomorskiej małej ojczyzny. Mieszkańcy każdego miasta obdarzani byli jakimś trafnym a złośliwym przezwiskiem.

Ktoś może być skłonny dopatrywać się w tych objawach ludowego humoru dowodu jakiejś niezbyt przyjaznej lub wręcz wrogiej postawy. Nie ma do tego powodu. Większość z tych miejscowych przekomarzań jest łagodnej natury i żadną miara nie są one pomyślane jako złośliwe. Raczej są wyrazem przyjaznego zainteresowania sąsiednimi osobliwościami i w zasadzie potwierdzeniem starego powiedzenia: kto się lubi, ten się czubi. Można wręcz śmiało stwierdzić, że tam gdzie mamy do czynienia z miejscowymi przekomarzaniami, tam zachował się duch narodowy o zdrowej mocy i pierwotnej naturalności. W tym sensie chcemy przytoczyć niektóre z wielu śladów takiego droczenia się z powiatu świdwińskiego.


Nazwa Schivelbein [Świdwin] , która występuje także w formach takich jak Schivelben, Cchivelbin, Scheybelbein i inne, jest tak wyjaśniana przez legendę: pierwszy założyciel miasta miał defekt urody na nodze [bein]. W niewydrukowanej dotychczas Kronice Świdwińskiej można przeczytać: „Schivelbein jest niemieckim słowem i nazwą złamania nogi lub ramienia, co miało się przydarzyć pierwszemu założycielowi tego miasta”. Th. Schmidt dodaje (Szczecin 1865): „Musimy polegać na tym, że nazwę Schivelbein zawdzięczamy ludowemu dowcipowi lub jakiemuś przypadkowemu powodowi. Warto wspomnieć, że w Świdwinie nie ma prostych ulic, są tylko krzywe ulice, podobny zarzut trzeba też uczynić zamkowi oraz domom i zagrodom”.

W tradycji ludowej nazwa miasta na różne sposoby jest wymieniana: Schiebenrein, Schofelbein, Schofelberg, Schivelburg…

Przy trakcie Oparzno – Świdwin znajdują się zarośla, po których kręcił się jakiś człowiek bez głowy. Nazywał się Spijon. Kto udaje, że go nie widzi, tego zostawia w spokoju. Kto zaś do niego przemówi, ten musi trzykrotnie udać się na miejsce, które mu wskaże Spijon. Na tej drodze przed laty został zamordowany młody mężczyzna. Ku upamiętnieniu tej krwawej zbrodni ułożono czworokątną stertę z kamieni. Na tych kamieniach, jak również na tym miejscu szosy, gdzie zbrodni dokonano, widoczne są ogromne plamy krwi, które wydają się nie do zmycia.

Na wzgórzach przy Słonowicach i Mahlendorf (podejrzewam, że chodzi o stanowiska archeologiczne na wzniesieniu w paśmie Polskie Góry – Polacken Berg) znajdowały się kiedyś liczne groby, które były opasane częściowo wieńcem kamiennym, a częściowo zielonym wieńcem barwinkowym. Wedle ludowej opowieści żyjący w zamierzchłych czasach ludzie-olbrzymy grzebali tutaj swoich zmarłych, by następnie na ich grobach odbywać tańce, skutkiem czego pod ich nogami powstał zielony wieniec; stąd taniec ten nazywano „Psim tańcem”.

Dwie miejscowości leżące niedaleko od siebie, Smardzko i Niemierzyno, na wschód i południowy wschód od Świdwina, od niepamiętnych czasów przekomarzały się. Mieszkańcy Niemierzyna opowiadali o mieszkańcach Smardzka różne złośliwe historyjki i na ich podstawie tworzyli dla nich dowcipne przydomki – i odwrotnie.

Na południowy wschód od stolicy powiatu znajduje się także kościelna wioska Nielep. W nawiązaniu do jej nazwy utworzono pewien lekko złośliwy zwrot językowy. Natomiast o pastorze i kościelnym z Nielepu opowiadano różne legendy. Oto do kościoła w Nielepie wpadła ogromna maciora. Narobiła straszliwego hałasu. Usłyszał go stróż nocny i wielce przerażony pobiegł najpierw do kościelnego. Ten jednak nie odważył się pobiec do kościoła i dlatego obaj pobiegli do pastora. Ten natychmiast ruszył w kierunku kościoła i wkroczył do niego z księgą modlitw w ręku. Wtedy maciora wypadając z kościoła nadziała pastora na siebie i poszybowała w kierunku jeziora. Pastor sądząc, że jest wieziony do piekła, wołał: „Ja już tam jadę!” Kościelny nielepski znany był w całej tamtej okolicy jako „Sługa Boży z Nielepu”. A skąd się ta nazwa wzięła? Otóż kiedy nielepski kościelny wracając ze Świdwina mijał świerki w Bystrznie, spostrzegłszy nagle, że towarzyszy mu jako żywo sam diabeł we własnej niby boskiej osobie, krzyknął: „Idź precz ode mnie, szatanie! Jestem sługą Bożym z Nielepu!”. Powtarzał ten okrzyk wielokrotnie, co słyszeli wędrujący za kościelnym ludzie i potem rozpowiadali o tym na prawo i lewo. Stwierdzili bowiem, że ów rzekomy diabeł to była czarna owca, która uciekła bystrzyckiemu młynarzowi.